Shimma - najlepszy przyjaciel motocyklisty...To żartem, teraz trochę mózgowej gadaniny z motocyklowego forum, gdzie szukałem przyczyny mojego ślizgu. Z postu autora można wyciągnąć parę wniosków i parę pytań, czyli coś co lubię. Ale wszystkie mają wspólną kreskę - Co do cholery się stało?
Czym jest wspomniana shimma?
Jest to nic innego jak trzepotanie kierownicą motocykla oraz motocyklistą (bo puścić się jej nie da), na lewo i prawo w celu zaliczenia szybkiej gleby. Natężenie siły i braku kontroli nad motocyklem jest proporcjonalne do prędkości jazdy oraz długości przebycia całego samba (synonim shimmy). Są możliwości nad zapanowaniem daną siłą, naciskając na tylni hamulec, pod warunkiem, że właśnie twoje nogi nie zaliczają powietrznego stretchingu. Lub zakup amortyzatora skrętu - taka pompka zakładana na kierownicę, aby zapobiegała odskakiwaniu kierownicy.
Co jest powodem tego całego rodeo. Najczęściej zbyt mocne zahamowanie przednim hamulcem, które powoduje zablokowanie przedniego koła, a potem poślizg, dziurawe drogi, luzy w główce ramy, złe ciśnienie powietrza, krzywa rama oraz lądowanie przedniego koła, po jeździe na tym drugim.
Więc szybką drogą wykreśleń doszedłem do wniosku, że mam luzy w główce ramy, oraz nacisnąłem za mocno hamulec, co mnie martwiło. Tym miałem się zająć później.
Na koniec rada podczas shimmy, z danego forum:
`
nacka...Jeśli będziesz w stanie myśleć na chłodno w takiej sytuacji to zapomnij o okiełznaniu kierownicy. Pomóc jedynie może (podobno, bo sam na razie nie miałem okazji sprawdzić) przyhamowanie tylnym hamulcem - moto wytraci prędkość i kiera powinna się uspokoić.\... i ekspresowe zmówienie choćby jednej zdrowaśki ;)Przedstawiając się policjantom wydmuchałem zero promili, kierowca również. Potem podniosłem kask, zarzuciłem na je lustro, a kurtkę na kanapę. Kierowca nadal krzykliwy oznajmił policjantom, że widział w lusterkach moje szaleństwa i podjechał pod zderzak następnego samochodu, abym nie rozbił się na tylniej szybie. Szybkim ruchem głowy rzuciłem wzrok na jezdnie. Widać było ślady pierwszego kontaktu z jezdnią, a potem dość imponujące jakieś cztero- metrowe tarcie po drodze, które spowodowało wbicie się w tłumik nieszczęśnika. Szyba była raczej nie zagrożona. Policjanci również spojrzeli na jezdnie, ale nic nie odpowiedzieli.
Muszę tu wspomnieć o pewnym kierowcy samochodu, który widząc ten cyrk na ulicy, zatrzymał się blokując ruch i zapytał mnie czy może mi w czymś pomóc. Chciałem pociągnąć żartem z rękawa, aby wtłukł temu chudemu, ale się powstrzymałem, ta stłuczka to moja wina.
Ale dlaczego o tym mówię. Od początku jazd motocyklem zwykłem myśleć, że podczas upadku, zderzenia, czy zwykłego poślizgu bez strat, musisz liczyć na siebie i nie oczekiwać pomocy innych. Dlaczego tak myślę, doskonale wiem. Ale z biegiem kilometrów, każdy się czegoś uczy.
Złapałem za kierownicę i wtargałem motocykl w górę, na boczną gruntową drogę. Ciężkim plecakiem zajął się policjant. Z pogardą patrzyłem jak chudy facet targa tłumikiem po jezdni przestawiając wóz. Byłem spokojny, wiedziałem, że mandat jest nie unikniony. Kierowca dalej nawijał o lawecie i o tym, że na wakacje miał jutro jechać. Policjanci zainterweniowali w końcu przesyłając krótkie zdanie: "sznurkiem Pan obwiąż tłumik, aby nie trzepotał". Facet zaczął szukać czegoś czym mógł to zrobić.
Uszkodzenia spisane, dane również i mandat też. Policjanci odjechali zostawiając mnie z kolejnymi punktami. Czekałem na brata, a kierowca z kumplem wiązali rurę drutem.
Zrobili, wsiedli i przejechał masywny chopper. Kiwnęliśmy sobie, a za okna kumpel kierowcy się odzywa:
- "taki sobie kup, jest bezpieczniejszy"
- "jakbym się takim rozwalił, to na tłumiku by się nie skończyło" - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się głupio.
Brat przyjechał z kumplem z zespołu. Kolejny łamaga, kulał coś. Brat wszedł na maszynę, założył kask i pognał. Jak coś jest nie tak, to jego to zabije. Przyjechał, stwierdził, że wszystko jest dobrze, bo przeżył.
Jadąc do sklepu, który był w ogóle nie po drodze do celu, o mały włos nie wyjechał przede mną staruszek w białym wozie, bez włączonych świateł.
Z półki piwo do kasku, a wodę półtoralitrową do ręki, przeniosłem się do kasy. Napisałem sms, że będę za 14 min. Na parkingu wrzuciłem rzeczy do plecaka zapchanego wcześniej butami do biegania, ręcznikiem, kosmetyczką oraz ciuchami na zmianę.
Jadąc, obok mnie zachodziło czerwone słońce, czując kusz w zębach i ciepło bijące od drogi pyrkałem zamyślony przez miasto. Chodnik, samochody, dziury, kolorowe światła, strzał jedynki, pognanie do przodu i znów spokój. Przede mną wzniesienie, zakorkowane, tam zawsze są korki. Puszki mają w zwyczaju hamować do zera przed szynami, samochody jadą powoli, na chodniku jacyś ludzie... kurwa, co on tak blisko?! hamuję, rzuca kierownicą, coraz bliżej, zaraz się wpierdole w bagażnik, hamuj tylnim.. nie! połóż motor.... kszszszsz uff.....
Podnosząc się widziałem moją rękę i pamiętam myśl: "chyba to nie będzie 14min"...