Nagrzany jak nigdy dotąd - parę godzin na cebeefce plus do tego jazda hornetką, miałem teraz wrócić do uroczej yahamaszki 250, aby przygotowywać się do egzaminu.Ubrałem na siebie strój typowy na spacer. Zwykłe portki, koszulka ledwo zachodziła za łokcie oraz poszarpane trampki.
- masz super butki na motor - radosny głos w słuchawce. Zakryłem nogawką dziurę na pięcie.
Było dość chłodno podczas jazdy. Bez rękawic, kurtki i chusty, naprawdę wiało mimo słońca, ale adrenalina miała zrobić swoje, czułem że mogę poszaleć, 250 to jak większy rower, potrafię już.
Stoję przy wyjeździe na dwupasmówkę w stronę tychów, kolejka jak po poranny chleb, a wszyscy na pasie dodatkowym, ja na końcu. Mnie szybko cierpliwość się kończy
- przecież jestem na motorze, nie będę stał jak inni!
Nerwowo zaczynam się rozglądać do przodu i za siebie, odkręcam gaz, motor zaczyna wyć trzymany na smyczy sprzęgła, warczy i szarpie, nogami stanąłem na jezdni, aby wystrzelić do przodu, tak szybko zanim ktokolwiek się zorientuje, a przy tym nie stracić równowagi. Jest moment, mam wolne jednym ruchem wyminę wszystkich...
- Piotrze, gdzie?! stój jak inni!, wyglądasz jakbyś chciał już ruszać!, czekaj, aż przed tobą pojadą!
- Bo chciałem ruszyć! - wrzasnąłem w kasku. Nie mógł mnie słyszeć.
Ponad setka na mikołowskiej, siedzę prawie na zderzaku dziwnie jadącego gościa w mercedesie. Chce go wyprzedzać, więc odkręcam manetkę...
- Nie tak blisko! Zostaw go z przodu, gość jeździ nie pewnie i zwolnij! - Paweł jak klamka hamulca, więc odpuszczam.
Z nie dużego korka wjechaliśmy do miasta, nie świadomy niczego dowiaduję się, że już oblałem egzamin. Pokazuję ręką moje zdziwienie. Na skrzyżowaniu ściąłem zakręt i przejechałem podwójna ciągłą. Ja klnę pod nosem - przecież tak ładnie się złożyłem.
Rondo, mam skręcić w lewo, pięknie pochylam motor, jeszcze trochę niżej, czuję nawet lekki strach ale równocześnie podniecenie.
-Nie tak nisko! Piotrze, a co jeśli na rondzie będziesz musiał zrobić nagłe hamowanie?! nie rób takich rzeczy!
Irytacja wzrosła do poziomu, gdzie przyjemność jazdy traciła się z każdym upomnieniem przez Pawła. Nie potrafiłem się powstrzymać w szaleństwach. Nagłe hamowanie, dwa razy, które mogło się skończyć naprawdę źle. Za drugim razem krew odpłynęła mi z głowy, a serce zostało na zegarach.
- Co mówiłem wcześniej?! trzymaj odległość, i jeszcze to L'ka była, trochę i wylądowałbyś w bagażniku! Trzymaj dystans!
Zagapiłem się, za długo obserwowałem chodnik. A naprawdę zależało mi aby w końcu dobrze wypaść.
Jechałem dość spokojnie przez resztę dnia. Nagromadzone myśli oraz upomnienia szalały w głowie jak rój zburzonych pszczół w swoim gnieździe. Chwilowy deszcz, jednakże bolesny jak wbijanie szpilek, dorzucił wariackie myśli. Przerażony z pół mokrym asfaltem pod kołami z warstwą ganiającego po nim kurzu, nie potrafiłem się skoncentrować i opanować. Gdzieś się poślizgnę, zagapię, uderzę w kogoś, chciałem pokazać, że jestem dobry już, że potrafię prowadzić ponad przeciętnych - koncentracja zerowa.
W drodze na plac, wyskoczył za drzewa jakiś Jego Mość z podniesioną ręką i pokazując mi że mam dać gazu. Wciskam energicznie sprzęgło, wałek gazu do mnie i wycie komina. Aż mnie podniosło, uśmiech pojawił się na gębie, to sprawiło mi radość.
- I się gościu cieszy - z kpiną w głosie przemówił Paweł.
Mnie zmroziło - równie dobrze mógł to powiedzieć do mnie. Jestem na kursie, nie na swoim motocyklu, a zachowuję się jak dzieciak.
Czerwony i zawstydzony, ściągnąłem kask. Poprawiam włosy i oddaję słuchawkę Pawłowi.
- chyba dziś się nie popisałem, co?
- no Piotrze, bywało zdecydowanie lepiej, za dużo cwaniaczysz, idź do domu ochłoń! Zadzwoń za parę dni, umówimy się na następne jazdy.
Mnie kolana zmiękły, byłem wściekły.
Przez chwile chciałem przeprosić, ale nie wiedziałem kogo.



