sobota, 24 września 2011

Przeznaczenie

Odpinając kask podszedł do mnie szanowny jegomość o typowym stroju dla ulicznych włóczęg i z nieodłączną reklamówką w ręku, która zniesie każdy ciężar. W tym wypadku puszek i gazet.
Uśmiechając się promieniście, odkrywając przy tym bardzo skąpe uzębienie, nie skrępowany ubytkami podjął rozmowe:

- Hej, ile to ma? tysiąc, siedemset?
- Witam, to sześćsetka - odpowiadam otwarcie.
Zaczął się przyglądać nieśmiało, podszedł nieco bliżej i ciągnął dalej:

- ... ładny, ale wie pan, ja bym chciał tylko jeden motocykl.
Zaoferowany, szybko odpowiadam:
- Pewnie jakiś chopper albo tego typu sprzęt.
- Tak, jest taka Wirago, no wirago, a wie pan jaka, a wie pan dlaczego?

Poczułem przez chwilę, że mogę wiedzieć, nie wiem dlaczego zacząłem szybko analizować jaki byłby powód, ale i tak bym pewnie nie zgadł.
Przeciągnąłem ciszę, w końcu zostałem z głupią miną, bo nic nie wymyśliłem.
- ech, hehehe, bo mam na nazwisko Zwirago*

*  nie pamietam dokładnego nazwiska pana z reklamówką, ale slabowo jak i dźwięcznie bardzo podobnie brzmiało, a szkoda. Kiedyś pewnie go spotkam na drodze, takie nazwisko zobowiązuje.







środa, 29 czerwca 2011

Szukanie siebie.

Strzał jedynki i gaz, dwójka tuż za zakrętem budzi wszystkie zmysły. Zmysły walczące o kontrolę z szaleńczym umysłem.
Droga w mieście uruchamia coś nie poskromionego niż spokojna autostradowa trasa.
Szanuje kierowców ich wspaniałe samochody, dzieci i żony w środku. Działają jak bat na plecach złoczyńca. Uspokaja się serce, lecz dalej wstrząśnięte wrzącą krwią, rozrywa rozsądek w pół. Przednie zawieszenie wbijane w jezdnie zwalnia maszynę przed uciekającym pieszym z telefonem w ręku. Przerzucam zęby sprzęgła by dać znów sygnał do lotu...
Blacha, lakier, gorące poranne słońce, kierownica manewruje na wszystkie strony, hamulce ratują przed nagłym zwrotem sytuacji. Most znany z niemal codzienności widziany teraz inaczej niż dotąd, naprawdę już nie jest pokaźny. Nie jest to kolos niosący tysiące aut dziennie, lecz jest wąski, mały, lichy próbujący zmiażdzyć, utrudnić przejazd z każdym odkręceniem manatki gazu.

Stoisz, woda spływa po czole, czekasz, aż znów ryk silnika ususzy pot wżerający się w oczy. Wypuście mnie! - myśli wrzeszczą.
Start - ucieczka od gwaru i gęstwiny spalin. Pęd powietrza tak oczekiwany, za każdym razem świeży, koi wszelki ból. Rzut na niebo rozprzestrzenia wieżowce kołyszące się na nieskończonym błękicie, jakby chwilowy spokój przed tym co czeka tu na dole.
Ulga, szeroka droga, pełna moc, już nie długo jeszcze parę kilometrów, niegdyś tylko dwa przystanki.
Silnik cichnie, pisk w uszach, mówi o zbliżającym się spokoju. Płuca rozrywane brakiem powietrza. Rękawice rzucone na bak. Blokada ląduje na przedniej tarczy, rozpinam kurtkę, głęboki oddech przywraca myśli i uczucia, drżenie rąk, jeszcze jak wściekłe psy próbują wyszarpać więcej emocji, gazu! gazu! to jeszcze nie koniec! Teraz!

- Musisz poczekać teraz musisz tu zostać kimkolwiek jesteś, zobaczymy się niebawem -
odszedłem z parkingu ściągając kask...


ps -pierwsza jazda po stolicy-

piątek, 7 stycznia 2011

Kubuś odłożył słoik miodu na bok i zapadł w zimowy sen.

Podsumowałem swój pierwszy sezon, byłem zadowolony z siebie, bo wciąż miałem co jeść, przetarłem tylko jedne spodnie, parę butów i raz stłukłem kolano. Bilans strat i korzyści jest nie potrzebny. Natomiast dwa razy podczas sezonu nie założyłem kurtki...

Podjechałem na imprezę pod zamek w Chudowie. Znajomi, chwytając sezonową pracę jako obsługa gości, pokierowali mnie na darmowe miejsce parkingowe i obiecali przypilnowanie sprzętu. Jak się okazało później, kosztowało mnie to przejażdżkę z dobrą koleżanką.
Jej chłopak mnie znał, więc nie dostałem w ryło.
Trasa była krótka lecz szybka. Upalne słońce skusiło mnie na wyruszenie jedynie w rękawicach i w kasku. Na pierwszych metrach dostałem gromadą ulicznych much, i pożałowałem. Druga niespodziewana przejażdżka była z siostrą koleżanki. Podczas zdrapywania much z koszulki zostałem poinformowany, że nowy pasażer lubi motocykle i chciała kiedyś sama zrobić prawo jazdy.
Wyruszyliśmy, muchy uliczne odżyły i jak pociski ginęły na mojej klatce wbijając się jak małe paskudne igiełki. Zacisnąłem zęby i odkręciłem rolkę z gazem. Wyboista droga nie pozwalała na rozwinięcie prędkości powyżej 160km/h. Pasażer coś woła, ale go nie słyszę. Odpuszczam prędkość. Martwię się o nią. Po dłuższej spokojnej jeździe hamuje i zawracam. Świst powietrza i ryk tłumika przycichł, dochodzą do mnie słowa: pojedziemy jeszcze raz tak szybko?

Dzień później zachorowałem. Parę tygodni i jeszcze raz. Wyjechałem znów bez kurtki, na chwilę z pracy do domu. Gdybym wiedział wstąpił bym od razu do apteki.

Koniec sezonu uwieńczony informacjami o potłuczonych, rozbitych i poległych motocyklistach na jesiennych drogach. Smutna aura ogarnęła fora internetowe, bo to również czas ułożenia potworów do snu zimowego. Ci co już to zrobili z żalem czytali o obrażeniach lub pogrzebach kolegów jedynie znających się, być może tylko z pozdrowień podczas mijania. Ci co jeszcze jeździli, przestać nie umieli, "aż spadną śniegi" - mówili.

Osobiście Szerszenia zakonserwowałem i odstawiłem na zimę 29 października. Tomek zrobił tak samo. Czas przesiąść się w komunikację miejską. Założyłem bloga, który teraz czytasz, taka metoda na zimowe okrutne dni...