sobota, 5 grudnia 2009

W górę serca

Plac manewrowy za płotem wydawał się dużo większy, a wykonywane manewry spadają do poziomu - banalne. Staliśmy cała grupą za rogiem ściany i obserwowaliśmy pierwszego egzaminowanego. Ja byłem jako drugi na placu. Stres polegał na tym, że Honda była zimna jak lód i zapiepszała na winklach - za szybko na ósemki, jeden głupi ruch kierownicą i przecinasz ciągłą linie... kolejny egzamin za całą wieczność.

Wylosowałem elementy, które wskazałem na motocyklu, pozycyjne - tu, olej silnikowy - tu i sprawdzam tak, napęd sprawdzić chciałem ręką, egzaminator uśmiechnął się i wskazał palcem na zwisające ręczniki papierowe, zerwałem kąsek i pokazałem - jak, "i ma mieć..." - dobrze, proszę dalej - ponaglił.

Ubrałem kask, świst wydychanego powietrza, nie równy oddech miarowo się uspokajał. Zdjąłem maszynę ze stopki i przeprowadziłem ok 5 metrów, szykowny egzaminator znikł mi z oczu. Nie czekając zacząłem gazować maleństwo by dogrzać silnik. - Proszę wykonać kolejny manewr. Wsiadam, strzał jedynki i gaz... przed wjazdem na ósemkę tracę równowagę i podpieram się nogą, ale nie przerywam. Zaczęły się piruety jak baletnica, spokojne liczenie poszczególnych okrążeń, raz, raz , raz , raz, dwa, dwa, dwa, dwa, ..., pięć, pięć, było już pięć? dobra wyjeżdżam, ruch ręki kieruje mnie na wzniesienie. Stop, jedynka, upewnienie, gaz i sprzęgło w górę, ruszyłem... wiwaty, radość, hymn ku chwale mojej... silnik zdechł. Jedna sekunda trwająca całe lata, ruch głowy w kierunku egzaminatora -"mam powtórzyć?" - nie, proszę wykonać kolejne manewry.

Plac zdała cała grupa, ja i Tomek chwalimy się odczuciami.

Obserwacja ulicy, czy aby ruch nie zwiększył się, co może powodować dodatkowe utrudnienia podczas jazdy. Jestem tym razem jako trzeci. Dwóch przede mną szybko wróciło z pozytywnym wynikiem. Krótka pogawędka z kierowcą egzaminatora zwiekszyła i tak wysokie morale. Byłem pewny swoich umiejętności, "co więcej musisz umieć do egzaminu?" - pytałem sam siebie. Kask, okularki na nos, zapięcie kurtki, rękawice na dłoniach. - Gotowy? - głos w słuchawce. Kiwnąłem głową potwierdzając. Jedynka i gaz.

Uczucie, które ogarnęło mnie po wyjeździe za bramę potwierdziło, że dziś świętuje zdanie egzaminu i mogę oglądać się za moim pierwszym wymarzonym motocyklem.

wtorek, 10 listopada 2009

1/2

Tomek: "stres uzależnia"

Jakiś chłopek z góry i wiedzący najlepiej stwierdził, aby przeładować kolejki oczekujących na egzamin rozłoży go na etapy. Pierwszy teoria, drugi praktyka i problem rozwikłany. Oczywiście jak pomyślał, tak zrobił - wyszło jak zwykle. Z tego geniuszu egzamin praktyczny opóźnił się o trzy tygodnie, a dziś z Tomkiem mykamy jego fordem na teorię. Trzęśliśmy się nieco, bo na egzaminie wewnętrznym zrobiłem 4 błędy, za drugim razem pięć - Tomek w ogóle nie był. Na przedniej szybie spoczywały ćwiczenia z pytaniami.

WORD - budynek nowiutki i odpicowany. Epicentrum stresu, płaczu, paniki, histerii i pustoszonych portfeli, wciąż jeszcze kandydatów na kierowców. W poczekalni siedzący statystycznie sami młodzi ludzie z wielkimi oczkami mimo godziny siódmej rano, wpatrującymi się to nerwowo w każdy ruch przy drzwiach wejściowych, to w inne drzwi za którymi miała dokonać się weryfikacja wiedzy.

Mnie osobiście dopadł stres - za mocny, bo strasznie zależało mi na zaliczeniu. Wyznaczenie kolejnego terminu przesuwał zdobycie uprawnień już po za wakacje - nie dało się nie poznać poziomu standardu "łordowskich" toalet. Tomek sprawiał wrażenie opanowanego, pewnie wszystko wykuł.

Weszliśmy do środka. Starszy facet z etykietą EGZAMINATOR, przypiętą do marynarki bardziej stresował gadką niż wyglądem i posadził każdego w boksie z pulpitem A,B,C. Sprawdził dowody tożsamości.

Dziesięć minut później staliśmy z Tomkiem w kolejce aby umówić się na praktykę.

piątek, 6 listopada 2009

Bez morału

Data egzaminu zbliżała się nieuchronnie. Po obejrzeniu wszystkich odcinków Long Way Round, a potem, tyle ile można było drugą część, naprawdę chciało się jeździć. Magazyny motocyklowe i katalogi salonów rozbudzały marzenia i napajały każdą myśl z rykiem silnika w tle.

Wspomnienie o błyszczącym, pięknym i smukłym Ducacie nie dawało zasnąć.
Razem z Tomkiem wpadliśmy na pomysł, aby hornetke Adika wypróbować na czymś naprawdę szybkim. Po pierwsze aby się pouczyć, drugie aby się pobawić, trzecie poszaleć - nie ukrywam, tylko trzecia myśl zasługiwała na uwagę.

Pojechaliśmy na drogę, która ciągła się równolegle do autostrady A4. Wpływała w las krętymi drogami, gdzie rośliny skutecznie zasłaniały widok za zakrętami. Parę razy głębokie łuki w prawo, potem w lewo, aby wyjechać na 2km prostą ze świeżutkim asfaltem i trawiastym poboczem upadającym w dół po obu stronach.

Ubrany w kask, kurtkę i zimowe rękawice skórzane od taty, o które ma się upomnieć na święto wszystkich świętych - takie dyżurne, ruszyłem. Jak zawsze spokojnie i z wyczuciem... tylko przez moment. Strzał jedynki, ryk silnika i zrywanie rąk z kierownicy, walka o utrzymanie się na siedzisku. Winkle pokonywane z początku nieśmiało, z rumieńcem na twarzy. Potem coraz niżej i niżej, aż czuło się smak strachu w ustach. Potem jeździł Tomek, ale nic ciekawego się nie wydarzyło.

Adik poprosił nas abyśmy nacykali fotek jak jeździ. Podgrzani jak grzanki na patelni, zgodziliśmy, a potem nawet walczyliśmy z Tomkiem kto zrobił lepszą fotkę, a Adrian jeździł.
Po pewnym przejeździe, Adika długo nie było. Aparat już wyłączony, czekamy. Pojawił się w zachodzącym słońcu, przystanął obok nas. Z wykrzywionymi ustami i dłonią nad oczami czekamy na wyjaśnienie.
- kurwa! do rantu prawie zjechałem - stwierdził brat.
Wykonał nawrót, tylnie koło z poślizgiem wskoczyło w dół. Leżąc prawie na asfalcie próbował wciągnąć dwustu kilową maszynę z powrotem, na szczęście szybko dodał gazu i najwidoczniej się udało, a hornetka przypominała miejscami karmik dla zwierzątek leśnych, z tą przytarganą trawą.

Jeszcze trochę jeździliśmy. Kiedy Tomek jeździł, moim oczom ukazał się czerwony Bandit, starszy rocznik, "kurde, Tomek zawsze ma szczęście - może z innymi pojeździć". Później podjechał gość na granatowej sportowej Yamaszce, zazdrość ściskała mi serducho.
Tomek opowiadał, że jechał przed tym na czerwonym Suzi i starał się składać jak najniżej aby nie wyjść na świeżaka.Osobiście nie wiem jak Tomek się składa. Szybko natomiast zamieniłem zazdrość w radość, "ja nie chciałem wyjść na świeżaka".

Wykonane zdjęcia: >>KLIK<<

UP!

czwartek, 22 października 2009

Żółta kartka

Nagrzany jak nigdy dotąd - parę godzin na cebeefce plus do tego jazda hornetką, miałem teraz wrócić do uroczej yahamaszki 250, aby przygotowywać się do egzaminu.
Ubrałem na siebie strój typowy na spacer. Zwykłe portki, koszulka ledwo zachodziła za łokcie oraz poszarpane trampki.
- masz super butki na motor - radosny głos w słuchawce. Zakryłem nogawką dziurę na pięcie.
Było dość chłodno podczas jazdy. Bez rękawic, kurtki i chusty, naprawdę wiało mimo słońca, ale adrenalina miała zrobić swoje, czułem że mogę poszaleć, 250 to jak większy rower, potrafię już.

Stoję przy wyjeździe na dwupasmówkę w stronę tychów, kolejka jak po poranny chleb, a wszyscy na pasie dodatkowym, ja na końcu. Mnie szybko cierpliwość się kończy
- przecież jestem na motorze, nie będę stał jak inni!
Nerwowo zaczynam się rozglądać do przodu i za siebie, odkręcam gaz, motor zaczyna wyć trzymany na smyczy sprzęgła, warczy i szarpie, nogami stanąłem na jezdni, aby wystrzelić do przodu, tak szybko zanim ktokolwiek się zorientuje, a przy tym nie stracić równowagi. Jest moment, mam wolne jednym ruchem wyminę wszystkich...
- Piotrze, gdzie?! stój jak inni!, wyglądasz jakbyś chciał już ruszać!, czekaj, aż przed tobą pojadą!
- Bo chciałem ruszyć! - wrzasnąłem w kasku. Nie mógł mnie słyszeć.

Ponad setka na mikołowskiej, siedzę prawie na zderzaku dziwnie jadącego gościa w mercedesie. Chce go wyprzedzać, więc odkręcam manetkę...
- Nie tak blisko! Zostaw go z przodu, gość jeździ nie pewnie i zwolnij! - Paweł jak klamka hamulca, więc odpuszczam.

Z nie dużego korka wjechaliśmy do miasta, nie świadomy niczego dowiaduję się, że już oblałem egzamin. Pokazuję ręką moje zdziwienie. Na skrzyżowaniu ściąłem zakręt i przejechałem podwójna ciągłą. Ja klnę pod nosem - przecież tak ładnie się złożyłem.

Rondo, mam skręcić w lewo, pięknie pochylam motor, jeszcze trochę niżej, czuję nawet lekki strach ale równocześnie podniecenie.
-Nie tak nisko! Piotrze, a co jeśli na rondzie będziesz musiał zrobić nagłe hamowanie?! nie rób takich rzeczy!

Irytacja wzrosła do poziomu, gdzie przyjemność jazdy traciła się z każdym upomnieniem przez Pawła. Nie potrafiłem się powstrzymać w szaleństwach. Nagłe hamowanie, dwa razy, które mogło się skończyć naprawdę źle. Za drugim razem krew odpłynęła mi z głowy, a serce zostało na zegarach.
- Co mówiłem wcześniej?! trzymaj odległość, i jeszcze to L'ka była, trochę i wylądowałbyś w bagażniku! Trzymaj dystans!
Zagapiłem się, za długo obserwowałem chodnik. A naprawdę zależało mi aby w końcu dobrze wypaść.
Jechałem dość spokojnie przez resztę dnia. Nagromadzone myśli oraz upomnienia szalały w głowie jak rój zburzonych pszczół w swoim gnieździe. Chwilowy deszcz, jednakże bolesny jak wbijanie szpilek, dorzucił wariackie myśli. Przerażony z pół mokrym asfaltem pod kołami z warstwą ganiającego po nim kurzu, nie potrafiłem się skoncentrować i opanować. Gdzieś się poślizgnę, zagapię, uderzę w kogoś, chciałem pokazać, że jestem dobry już, że potrafię prowadzić ponad przeciętnych - koncentracja zerowa.

W drodze na plac, wyskoczył za drzewa jakiś Jego Mość z podniesioną ręką i pokazując mi że mam dać gazu. Wciskam energicznie sprzęgło, wałek gazu do mnie i wycie komina. Aż mnie podniosło, uśmiech pojawił się na gębie, to sprawiło mi radość.
- I się gościu cieszy - z kpiną w głosie przemówił Paweł.
Mnie zmroziło - równie dobrze mógł to powiedzieć do mnie. Jestem na kursie, nie na swoim motocyklu, a zachowuję się jak dzieciak.

Czerwony i zawstydzony, ściągnąłem kask. Poprawiam włosy i oddaję słuchawkę Pawłowi.
- chyba dziś się nie popisałem, co?
- no Piotrze, bywało zdecydowanie lepiej, za dużo cwaniaczysz, idź do domu ochłoń! Zadzwoń za parę dni, umówimy się na następne jazdy.

Mnie kolana zmiękły, byłem wściekły.
Przez chwile chciałem przeprosić, ale nie wiedziałem kogo.

piątek, 9 października 2009

Poznaj nas!

Dzień to miał być wyjątkowy, w gronie rodzinnym i weekendowy. Najpierw w piłe pokopali, a po meczu pifkowali. W planach także był już grill, a mnie w głowie plan się tlił. Bo Hornetka koło altany stała, w cieniu całą piękność wywyższała. Więc do brata podbiegłem nerwowy:
- Chłopie, daj mi rundkę na Szerszeniu - celu doszły moje namowy.
- Ale, na stacje podjedź najpierw, nakarm bestie, nie rób rezerw.
- Ale bracie, tu pod kurkiem jest już zupa! ma być z tego mokra dupa?
- Postaw moto do porządku (w pionie), lej za dyszkę miły Piotrku.

Kominiare swą ubrałem, kask od brata wytargałem, kluczyk dzielnie przekręciłem i manetkę odkręciłem.
- Jedź powoli, tylko tak Ci pozwole, jak rozbijesz to Ci wpierdole.

Z błogosławieństwem szczerym od brata ruszyłem i nawet wyobraźni troche użyłem. Wizja rozbicia motora Adicka i jego złość, nie wytrzyma żadna moja kość.
Za brame wyjechałem dopiero co, gazu za dużo i sprzęgła słaba moc. Na płot sąsiada lece jak strzała, ale naszczeście hamulec w porę zadziałał. Spokojnie znowu próbuje ruszyć, na jezdni już jestem - Gaz!, Biegi! pot z czoła zaczął się suszyć. Pędzę przez wioskę, wicher był za mną, radość na ryju, i próżnia przede mną. Ścinałem powietrze, asfalt zwijałem i tak na stacje paliwową dojechałem.
Ściągam kask, poprawiamy hery - jakie paliwo tu wchodzi do cholery?!
Pracownik stacji podszedł do mnie śmiało.
- Dziewieć ósemkę nalewaj, byle za dyszkę, bo mam mało.
Kurek otwarłem, benzyna sie wlewa, a Tu już zaczyna mi zbiornik zalewać.
Patrze na cenę, 3,45 już pływa, ale do baku nie wejdzie nawet kropla paliwa.

Kurde, a tylko karte mam do użycia, więc wchodzę na sklep kupię coś do picia.
Piwo już w garści chłodzi mnie wspaniale, wezme trochę chipsa i paluszki Lajkoniale.
Dumnym krokiem idę do kasy... -kurde, halo gdzie ja włoże te rarytasy?! Motor z tyłu nie ma siedzenia, przewaga puszki, fakt nie do obalenia.

Z trudem piwo odkładam na miejsce, chipsy tyż, a paka paluszek do kapsy spróbuje wciś.
W kasie żartować się pani zachciało, że paluszki droższe niż paliwa, co w bak wleciało.
Dystansu nabrałem przez motor cudowny, więc posłałem pani uśmiech wymowny.

Wyjeżdzam ze stacji. Paluszki w gaciach się gniotą żarliwie, pot i brud się wdziera dotkliwie. Tu nagle parkingiem chcąc się wydostać, dwóm dresom na ścigach, móglbym pozdrowienie wysłać. Ale nie, bo oni w strojach, nie na motor są przecież. Takie ciuchy to na dyskę, wiecie?!. Machnołem innemu o stroju bohatera, on też mnie pozdrowił, a ja się zrównałem do zera.
Patrzę na siebie jak na boroka, moje ciuchy to koszulka sportowa cała udupiona, spodenki skurzone, kolana z trawy ubrudzone, na stopach trampki dziurawe, a ja cały w sumie w nie lepszym stanie - motocyklista to nie strój, tylko człowiek kochanie...

wtorek, 6 października 2009

Prędkość

Wiosna przyszła jak zawsze piękna, bo zawsze wyczekiwana... w tym roku najbardziej, odkąd żyję.

Po sześciu godzinach jazd, pojawiłem się na placu, z uczuciem szaleńczej pewności, jaką nabyłem podczas ostatnich godzin. Paweł otworzył garaż, od razu słabo mi się zrobiło. Zobaczyłem 125 którą miałem na pierwszych jazdach oraz nowiutką Honde CBF600, 250 nie było. Pomyślałem wtedy, że cudownie będę się poruszał 125 po mieście, jak ja przezwyciężę ten wstyd?! Mam 186 cm wzrostu, jakbym się dobrze postarał to mógłbym kierować i przekładać biegi jednocześnie - nogami i kolanami. Rzuciłem rozpaczliwe spojrzenie na Pawła, który zaraz zapytał:
- "to co Piotrze!, rozgrzejesz Honde?!",
- a myślisz, że już powinienem? - odparłem, próbując pohamować emocje
- spróbuj tu na placu wyczuć maszynę i zobaczymy.

... adrenalina wylewała mi się uszami.

Usiadłem, ciężar motocykla sprawił, że nabrałem szacunku do maszyny. Nie była to już 250, którą tak polubiałem, przypominała ona już Hornetkę. Pamiętam że była mowa o tym, że Szkółka chce nabyć nową, mocniejszą maszynę i będą nimi jeździć uczniowie, kiedy nabiorą już odpowiedniej wiedzy i umiejętności. Ogólnie czułem się zaszczycony, że już po sześciu godzinach mam pod sobą żywe 74KM do poznania i to całkiem sam. Równocześnie wierzyłem, że Paweł wie co robi, i widział w jaki sposób prowadzę Yamahe 250... - może mam dryg do tego? - schlebiałem sobie.

Wyjechałem pod obserwacja Pawła na prostą drogę przy placu manewrowym. Rzut na jedynkę, rozpęd, dwójka, zaraz wskakiwała trójka, nie udolne próby hamowania silnikiem, szybka redukcja biegów, ostrożny nawrót i znów jedynka, rozpęd i tak z parę powtórzeń, aż w końcu pojawił się oczekiwany gest Pawła, abym podjechał do niego, aby się przygotować do wylotu na miasto.

Pawła w słuchawce było słychac bardzo dobrze. Przy prawo skręcie na mikołowskim rondzie wyrzuciło na mnie przeciwny pas, ale szybko uciekałem na swój. Pawłem nieomieszkał powiedzieć, co o tym myśli. Honda spisywała się rewelacyjnie, bardzo szybko nabyłem sobie nawyk dynamicznego rozpędu, a potem ostrego hamowania. Jedynka - gaz, dwójka - gaz, trójka - gaz i przyjemny wiatr chłodził całe ciało. - "Widzę Piotrze, że Ci się spodobały szybkie przełożenia biegów, hehehe" - głos w słuchawce.

Jechałem spokojnie i skupiony, aby nie zrobić głupstwa, które będzie mnie kosztować utratę tej frajdy...Wyjechałem z tychów w kierunku mikołowa, gdzie długa prosta droga pnąca się w niebo rozpościerała się przede mną coraz bardziej, ja zacząłem czuć coś niepokojącego, a zarazem przyjemnego, nie walczyłem z opanowaniem się. Właśnie minąłem znak kończący teren zabudowania, nerwy zaczęły szaleć, szybkim machnięciem cisnąłem szybką w dół - usłyszałem swój oddech i coś mruknąłem. Pochyliłem się przy kierownicy i gwałtownie zacząłem odkręcać manetkę gazu. Poszedłem do przodu jak strzała, ostatnie rzucenie oczu w lustra co dzieje się za mną - pare aut i Paweł za mną w swoich blond długich włosach z mikrofonem w ręku. Potem już tylko co się dzieje przede mną i to co widać na liczniku. GAZ! biegi w górę, i zaczynam lecieć, świst wiatru w kasku, ryk silnika pod sobą i co najlepsze wyprzedzane pojazdy, jeden za drugim. Zaczęło głową rzucać na lewo i prawo, próbując trzymać się w pozycji leżącej spojrzałem w trzęsące się lustra, by sprawdzić gdzie Paweł, nie widziałem go, ale gazu nie puściłem. 150km/h, strach zaczął zaglądać mi w oczy, zbliżałem się do miejsca skrętu na mikołów. Z trudem puściłem manetkę gazu, zacząłem panicznie hamować przez chwile, potem byłem opanowany. Skręciłem w miasto i poczekałem na instruktora.

Na placu bałem się odpowiedzieć na pytanie ile jechałem.
- 150km/h
- no, też tak sądziłem, bo szybko mi uciekłeś, na kiedy kolejna jazda? - odparł spokojnie Paweł.

Jadąc do domu rowerem, powtarzałem sobie. "150 z L'ką na plecach?!". Tego dnia stwierdziłem, że pomarańczowa kamizelka z L'ką, nabierze innego wydźwięku.

niedziela, 4 października 2009

Czym skorupka nasiąknie...

Wstałem rano, ubrałem się w kurtkę zimową, zawiązałem chustę na szyi, wskoczyłem w moje jedyne wysokie buty już z dziurami, a na dłonie nałożyłem polarowe rękawice. Od razu zacząłem się pocić. Byłem spóźniony, (pewnie wielu powie "jak zawsze"). Wybiegłem z domu w stronę umówionego miejsca. Na szczęście nadrobiłem biegiem opóźnione minuty. Zlany potem przywitałem się z Pawłem - z moim instruktorem.

Paweł wyciągnął z garażu Yamahe YBR125 i powiedział abym wybrał sobie kask.Zabrałem największy jaki był. Górna część wizjera opierała mi się na okularach i wciskała nos w czaszkę, ale adrenalina pomagała znieść te niewygodę.
Siadłem, od razu dało się odczuć, że to nie hornetka. Byłem skupiony, kiedy opisywał mi poszczególne elementy, dźwignie, guziczki. I powiedział: "no to sobie pyrkaj tu na placu". Wyrzuciło mnie do przodu z radosnym uśmiechem, że w końcu sam jadę i prowadzę te maleństwo. Miałem wrażenie, że nikt mnie nie dogoni, byłem taki szybki. Ten wiatr, te emocje... spojrzenie na prędkościomierz, sprowadziło mnie na ziemie - rowerem jechałem szybciej. Po dwóch godzinach byłem sztywny jak kołek, stres spowodował napięcie mięśni, ciągła koncentracja ból głowy.

Na następnych godzinach dostałem już Yamahę YBR250. Maszyna dużo bardziej przyjazna niż jej poprzednik. Przede wszystkim szersza i trochę wyższa, bardzo miło dało się prowadzić, nawet dźwięk silnika był poważniejszy. Wrzucenie drugiego biegu i przy przełknięciu śliny bieg trzeci (- pamiętam jak z Tomkiem i Sebastianem dopytywaliśmy się nawzajem "na jakim biegu już jechałeś" - "ja, trzecim!" co budziło zachwyt i respekt), powodowało już raczej pewność i oswojenie się z prędkością. Chwile po tym, Paweł zamontował mi na uchu słuchawkę i narzucił na mnie trochę obciachową kamizelkę pomarańczową z majestatycznym symbolem "L" na klatce i na plechach, wyjechałem z placu na miasto.

piątek, 2 października 2009

Otwarcie sezonu 2009

Drogowcy nie mieli sporo roboty, śniegu co roku coraz mniej, to powinno cieszyć miłośników jednośladów, ale niskie temperatury skutecznie przeciągały czas do pierwszej jazdy praktycznej.

Pierwsze ciepłe dni - pojechałem w kuzynem oraz z bratem, który wówczas jeździł Hondą Hornet 600 z wymienionym kominem Ixil'a. Podjechaliśmy pod bramę za którą był wjazd, plac, a za tym garaż w której wyobrażałem sobie stwora na którym za chwilę mój brat po zimowej drzemce ma zbudzić i wylecieć z nim w niebiosa.
Siedziałem w puszce z kuzynem przed bramą i z niecierpliwością czekaliśmy aż ryk bestii zacznie pieścić nasze uszy. Długo go nie było, pewnie się ubierał, poprawiał. My czekamy. Jest! wyjechał zza rogu na Szerszeniu, który narazie ospały, bzykał spokojnie. Wjechał na mostek gdzie staliśmy, brat spojrzał na nas, uśmiechał się szaleńczo, miał kask ale ja go znam i wiem jak mu serce waliło wtedy. Zaczęła się pieśń, Ixil wył pełnym gardłem, strzelał, cichł i znów rozdzierał myśli na pół, i ruszył... z kuzynem w aucie usiedzieć nie umieliśmy, pojechaliśmy za nim tak szybko jak się dało. Zachowywaliśmy się jak zdesperowane nastolatki widzące gwiazdę popu.
Brat poczekał chwile, zapach benzyny osiedlił się w nozdrzach, jakby uspokał... dojechalismy do niego, ale on odrazu wypalił do przodu rozpoczynając taniec, jak serfer na fali wymijał puszkę za puszką niknąc nam w końcu w horyzoncie drogi i wlekących się samochodów, pewnie lekko przerażonych w nich kierowców.

Tego dnia pierwszy raz usiadłem na Hornecie. Brat zaczął mnie instruować co mam robić. Wystraszony próbowałem opanować nerwy i jak oliwy do ognia brat dodał:
- "jak spanikujesz, to juz nie jeździsz"
- "dupek" - pomyślałem wtedy (do dziś mu za to dziękuję).

Kuzyn (Sebastian) z samochodu, który był z nami tego dnia i chodził razem ze mną na kurs, również miał okazję przejazdu. Wszystko było jak w bajce. Brat znikł w domu, i jak stęskniony piesek za panem, widziałem jak hornetka się burzy i ląduje na boku z wystraszonym Sebastianem, panicznie trzymającego dalej klamkę sprzęgła. Podbiegłem do niego, podnieśliśmy Szerszenia. Wszystko wyglądało w porządku. Sebastian przyznał się że na zakręcie nacisnął hamulec i go przeciążyło. Mnie dało to do myślenia, i od tamtej pory pamiętam zasadę: Nie hamuj na zakręcie!
Jeszcze wtedy tego nie wiedziałem, ale w ten dzień (28.03) otwarłem sezon 2009 wraz z rykiem Szerszenia, kiedy z podziwem oglądałem się za bratem który znikł za ścianą domu... minęło parę sekund zanim wiatr skończył nieść nute pieśni wyjącej bestii.

Na szkółce

Chodziłem do szkółki z zapałem dzieciaka, który wie, że za chwile dostanie Kinder Joy'a albo lizaka. Nie mam pojęcia dlaczego, ale uwielbiałem tam chodzić. Fakt że często drzemałem, bo mowa była tylko na temat puszek, ale zaraz po usłyszeniu: "Panowie motocykliści..." budziłem się i z czujnością wsłuchiwałem się w każde słowo. Wtedy pamiętam jak była mowa "przy łuku, motocyklista musi sie ładnie złożyć..." ,
Przerażała mnie myśl - czy dam radę!
Pierwszy mój wykład był na temat pierwszej pomocy - miłe milszego początki, pomyślałem. Wtedy nie miałem żadnych pytań, po wyjściu nagły tłok pytań na które odpowiedzi do teraz nie znam.
Miałem wrażenie, że te wykłady zbliżają mnie coraz bardziej do momentu, kiedy bedę mógł sam pokierować maszynę, tymczasem zima nie chciała ustępować i musiałem czekać z resztą na ciepłe dni.

Pierwszy krok

Przyszedłem do pracy o 7 rano, zimno było. Tego dnia miała się rozpocząć realizacja planów. Siadłem przy komputerze w firmie, wrzuciłem koncentracje na YouTube i zacząłem oglądać...
Do godziny 14 moje oczy karmiły się wszystkim co złe na drogach i z tym co dzieje z ludzkim ciałem po zbyt przejawianej głupocie. o 15 Wyszedłem z pracy. Kuzyn czekał na mnie na parkingu i zjechaliśmy w dół do miasta. Stanęliśmy przy poczcie głównej, gdzie czekał już Tomek. Podeszliśmy, przywitaliśmy się. Uśmiechów na twarzy nas wszystkich było więcej niż płatków śniegu. Mało mówiliśmy, każdy jednak skupiony na czymś - na tym co miało się stać za chwilę. Skupieni na tym że za chwilę, podjęta decyzja zmieni nasze życie. Jak mordercy, jak bohaterowie legend... odczuwałem lekki dreszczyk emocji, stanę się nie lubianym przez sporą grupę ludzi, ale również budzący grozę, zachwyt, smutek, podziw... Weszlismy w trójkę do środka. I zaczęło się, Tomek pierwszy to powiedział:
- Chcemy rozpocząć kurs na motocykl.
- Jasne, wszyscy? Proszę siadajcie i przygotujcie dokumenty tożsamości.

Dnia 3 lutego, rozpoczęła się przygoda...