czwartek, 11 listopada 2010

Polityka pogardy - kto ma "gadane"?


Przepraszam za przerwę, ale sezon trwa.

140km/h, mijam znak z czerwoną obwódką z majestatycznym 50 w środku. Trzysta metrów do świateł, "łyknę jeszcze jednego". Kierunkowskaz na lewo i w tej samej chwili pojazd przede mną zamyka drogę podjeżdżając na środek jezdni. Zmysł przewidywania na awaryjnym działa najlepiej i mówi, abym przechylił się bardziej i zjechał na przeciwny pas. Zmysł zawiódł. Pas zajęty. 140km/h, komplikuje parę spraw, kończę życie dodając gazu i przyciągając kolana do silnika. Lakier samochodów niemal odbija się na skórze...

Poranek, strzał w górę prostą drogą. Przede mną trzy cztero-kołowce. Rozpędzam się, wychylam lekko na lewo, abym był widoczny, widzą? widzą? widzą! - Gaz. Granatowe Prelude odcina przepływ paliwa i krwi do głowy, na milimetry zatrzymuję się przed tylnym zderzakiem. Nie wytrzymuję i próbuję wyprzedzić jeszcze raz. Zajeżdżam drogę i redukuje motocykl do 40km/h. Widzę jak macha przy kierownicy. Młoda kobieta, nerwowa się robi, próbuje mnie wyprzedzić... zjeżdżam w boczną żwirową drogę do pracy "o jedzie za mną - czyli też gdzieś tu pracuje". Na przerwie urywam się z kartką w dłoni. Szukam gdzie jest samochód. Nie znajduję, wyrzucam kartkę, deszcze zmyją atrament z papieru wraz z napisem "strefa zgniotu, strefą braku wyobraźni?".

Halemba Solidarności, trzech motocyklistów, a przed nimi audiTT. Wzajemnie pozdrowienia i urywam się z grupy szybkim "wrum" z prawej strony. Wszyscy stoją, samochód wpada w obroty i boksuje próbując wlepić się przede mnie. Dwa koła wygrywają, uciekam z bestią na tyłku. Wizja super maszyny na plecach i nie regulaminowa prędkość w mieście zalewa mnie strachem głównie o siebie. Wyprzedzam jeszcze jedno auto przed wyspą dla pieszych by go stracić i hamuje do pięćdziesiątki ... "za co to?". Trzy minuty później ściskam mocno Serce.


Polityka pogardy.
Na łamach znanego pisma "Polityka" pojawia się tekst gdzie autorka miesza użytkowników motocykla z wszystkim co złe na drogach. Tu dla zainteresowanych bardziej sprawą, wyżej wymieniony artykuł KLIK . Wywołuje to oczywiście oburzenie i zostaje ogłoszona debata z policją na ten temat. Na debacie jest robiony test znajomości wiedzy o ruchu drogowym. Jedna osoba zna wszystkie odpowiedzi i to kobieta. W nagrodę dostaje pingwinka w mundurku policjanta.
Na samej debacie co niektórzy po stronie bikersów, obserwując ze zdjęć przyjęli pozycję "i tak co powiedzie jest złe, a my zawsze rację mamy". Dziennikarz, już nie pamiętam jakiej gazety czy portalu internetowego zauważa, że policja bardzo dobrze się przygotowała do spotkania, motocykliści mówiąc w skrócie "nie". Bo co mieli mówić?

Chowam motocykl i odchodząc od niego, myślę że znów mógłbym napisać coś na blogu, o tym co mnie spotkało. Kto zajechał drogę, kogo sprowokowałem do wyścigu spod świateł, do kogo się uśmiechnąłem, nawet jeśli tego nie widział. Pamiętam też wieść o śmierci jednego motocyklisty z forum, jako jedyny złożył mnie życzenia na urodziny z ponad dziesięciotysięcznej armii użytkowników, nie zdążyłem mu podziękować i nie miałem też czasu aby jechać z innymi zapalić znicza - żałuję do teraz, miał 24 lata.
W każdy dzień czy to w aucie czy na motocyklu można spotkać siebie, odmienionego, bo mamy różne dni... i co z tego. Cieszę się że jutro znów pojadę i spotkam Ciebie... a Ty?

poniedziałek, 31 maja 2010

Samodoskonalenie

Czas zabrać się za błąd jaki zrobiłem podczas upadku. Kolejna taka wywrotka dawała szanse serwisom motocyklowym na zarobienie paru groszy, które wolałem wlać do baku.

Pusty parking pobliskiego domu handlowego i słoneczna pogoda, sprawiała idealne warunki do nadrobienia wiedzy i umiejętności. Mocny gaz, wrzutka na dwójkę, rozpędzenie maszyny i gwałtowne hamowanie. I tak kilkadziesiąt razy, aż nabrałem pewności i odwagi w używaniu hamulców z odpowiednia siłą. 30 minut spędzone na przyśpieszaniu i ostrym hamowaniu zmęczyły ręce i wyjechałem z parkingu.

Dziewięć dni później, jechałem do miasteczka nieco spóźniony. Skrzyżowanie wiślanki z drogą 44. Ogonek puszek na czerwonym oddawały wizję kolejnych straconych sekund, które były bardzo cenne. Żółte, zielone światło i pełny gaz - zanim kierowcy się zorientują, że nie maja wrzuconej jedynki będę już za skrzyżowaniem. Pełne gracji wyminięcie kolejki między wysepką, a grubością lakieru, maszyna pędzi, ostatni rzut oczu na lewo zanim... stop stop stop stop, hamulce grają równomiernie jak bębny. Zatrzymuje się tuż przed kołami rozpędzonego tira, który wiatrem lekko pociąga mnie na prawo. Łapie równowagę. Krew spłynęła z głowy, ręce dostały drgawek. Nie myśląc próbuje pozbierać się i ruszyć. - Trójka, nie - jedynka, luz, jedynka... szukam biegu. Wypełzam ze skrzyżowania. Egzamin zdany, na drugi dzień stoję przy ołtarzu jako świadek, kolega się żenił. Kolejna radość, że mogę tam być... Ucz się!

środa, 19 maja 2010

Nałożenie/Założenie

Poranna mgiełka osiadła bezlitośnie na owiewce z kasku, a ciepłe powietrze parujące z ust zamienia okulary w szybę mleczną. Delikatne otwarcie kasku rozwiązuje problem widoczności, kosztem chłodu bijącego po twarzy. Zdecydowanie wolę nieco chłodniejszą jazdę o dobrej widoczności, niż wylądowanie na drogowskazie w komfortowych, ciepłych warunkach.

Wykonując nawrót na parkingu wyobrażam sobie jakbym omijał własną kule ziemską, a tam wszystko o czym marzysz. Robiąc koło maluję stopą okrąg wypełniony życiem, w akompaniamencie jednej dźwięcznej melodii usłyszanej od dobrych Syren, danych jak mapa i kompas bym się nie zgubił.

Ulice miasta o poranku są zawsze nie przewidywalne, są one inne niż w południe. Rankiem wydają się one ślizkie, ciasne. Skacowani, zaspani, czy też już z telefonami czerwonymi przy uchu kierowcy, skutecznie dźwigają moją poranną koncentrację do pełnej mocy. Korki jak pełzające małe bałwanki fal toczą się przez głębie w którą wpływam. Żegluję między falami, przy gwałtownych wiatrach. Światla latarń ostrzegają mnie przed wpłynięciem na mieliznę. Jakiś stwór lub ryba za burdą, prawie rozbija się o mój kadłub, macha do mnie, wiatr pcha mnie do przodu. Wynurzam się z ronda na prostą rozwijam żagle i odkręcam gaz, chwytam wiatr, budząc wszystko wokół mnie, pierzaste dziwolągi skrzeczą. Czasem się wydaje jakby na te parę chwil świat nabierał oddechu, wszystko staje w miejscu, głowy odwrócone w stronę czegoś i czekają, aż zniknie za wzniesieniem, góra lodowa topnieje, można wrócić do planów dnia.

Sunę z góry wprost na rzekę ludzi, o tej porze jest ich więcej niż zwykle. Nurt zmusza mnie do całkowitego zakotwiczenia. Czekam z rękami założonymi przy sterach, gapię się zaciekawiony w nurt i rybki tam pływające. Przydałaby się tama. Nagle jak wybita z biegu rzeki rybka spojrzała na mnie, wyszła na brzeg z wielkimi maślanymi oczkami i kręci głową na lewo i prawo. Skupiłem na niej całkowitą uwagę. Po czym podniosła wysoko płetwę ponad łebek, przecięła powietrze od góry do dołu i znów podniosła tym razem na wysokość skrzeli i machnęła z lewa na prawo. Ciarki przebiegły mnie po grzbiecie jak stadko małego uciekającego planktoniku. Zrzuciłem je, uśmiechnąłem się szeroko, ale i tak rybka widzieć tego nie mogła. Wskoczyła szybciutko w nurt i zniknęła z innymi. Rzeka wyschła.

Błogosławiony czy przeklęty, wolę sam wybrać mam przecież mapę i kompas... ahoj!

sobota, 1 maja 2010

"Gry uliczne"

Powrót przez Katowice w słoneczny dzień.

Czerwone światło zwalnia obroty do minimum, podparty nogą o jezdnie, otwarłem szybkę kasku i zacząłem się rozglądać. Jakie było moje zdziwienie, że na pasie dalej z prawej strony stoi czarny motocykl, ogromny i spokojny z wielkim silnikiem trzęsącym całym światem, prócz motocyklisty i jego pasażera. Kiwnąłem ręką do nich trochę zmieszany, odpowiedzieli uśmiechami z open'faców. Staliśmy dość długo, kiedy jego motocykl zaczął wyć mocnym hukiem między, innymi samochodami, pobliskimi blokowiskami i drzewami prosto do moich bębenków w uszach.
- Co się tak niecierpliwi? - pytam siebie.
- Chyba nie będzie się chciał... - delikatnie zamknąłem szybkę kasku i wrzuciłem jedynkę z trzaskiem prowokatora, wykrzywiłem usta, spojrzałem dyskretnie na domniemanego przeciwnika. Siedział spokojny i wyprostowany na wściekłej maszynie. Zielone!!!

Serce zatrzymało się na te kilka sekund. Nuta tłumika ogarniała wszystkie szaleńcze zmysły, droga cienka jak nić, dwa pasy, biała taśma pomiędzy nimi. Warczy zaciekle, nie widzę go w lustrach, ale wiem, że jest tuż obok. Pierwszy winkiel przy starcie o mało nie wyrzuca mnie na jego pas, szybka prosta i strzały kolejnych biegów. Czuję jego oddech na karku. Wszystko wokół drży, pełna koncentracja. W tym miejscu jestem zmuszony albo zwolnić aby mnie wyprzedził, lub odkręcić roll gaz mocniej, aby wbić się przed niego zanim skończy się pas zjazdowy. Wybrałem drugą opcję. Jeszcze nigdy przedtem nie słyszałem, aby dźwięk mógł tak rozrywać uszy. Poszybowałem przed nim i zacząłem uciekać aby zapieczętować satysfakcję.

Zwolniłem do prędkości akceptowanej przez kodeks drogowy i radośnie wymijam studzienki rozrzucone po drodze jak kaszka dziecięca. Kolejne skrzyżowanie zmusza mnie do postoju. Wpycham się między pojazdami do przodu, gdzie po paru oddechach nadjechał ten nieusatysfakcjonowany.

Nie spojrzałem na niego. Ale już wiem co będzie za chwilę. Słyszę jak wrzucił jedynkę. Zielone... Prędkość nad przestrzenna Wielkiego Czarnego zostawia mnie w tyle, zmieszany straciłem ułamki sekund na opanowanie się. Gonię go, ale już wiem, że tę rundę przegrywam. Minąłem go, kiedy on zjeżdżał za OBI, machnąłem kciukiem do góry w ramach podziękowań i gratulacji. Następnym razem, będę lepiej przygotowany...

czwartek, 25 marca 2010

Ego mocne jak stal

Piękny wakacyjny czas napawał mnie optymistycznymi myślami oraz uczuciami. Kolejne kilometry i sytuacje na drodze uczyły mnie rozwagi, wyobraźni oraz szacunku dla wszystkich uczestników drogi. Doświadczenie zebrane dało mi pewność siebie i pełną nie omylność w najróżniejszych sytuacjach.
Głowę miałem uniesioną wyżej niż kask.

Kiedy godzina wybijała moje wyjście z pracy, uwielbiałem moment kiedy pojawiałem się na parkingu. Wszystkie stresy dnia mijały z każdym krokiem i z każdym metrem kiedy zbliżałem się do Szerszenia.

Wszedłem na niego, zapiąłem kurtkę, założyłem kask, potem okulary, a rękawice wsunąłem na dłonie. Przekręciłem kluczyk, jednym dotykiem odpaliłem silnik. Drżące cacko, biło coraz większym ciepłem silnika, ruszam... Stoję... dodaję gaz i puszczam sprzęgło... motocykl lekko przechyla się na lewą stronę... zdecydowanym ruchem, puszczam sprzęgło bardziej i dodaje ostrożnie gaz... motocykl zaczął opierać się już na lekko drżącej nodze, która powoli nie wytrzymuje ciężaru.
- Co jest?! - wykrzyczałem - Koniec! Zdecydowany gaz i mocne puszczenie sprzęgła, które miało wybić mnie do przodu i postawić maszynę do pionu...
Uderzenie kolana o ziemię, było na tyle mocne, że przebiło skórę. Jak kulka pokulałem się po parkingu, hornetka z hukiem padła na glebę.

Usiadłem z tyłkiem na parkingu i rozłożyłem ręce w zdziwieniu.

Chwilę posiedziałem, podniosłem motocykl i zacząłem sprawdzać stan maszyny, wyglądało wszystko dobrze. Usiadłem i sprawdziłem czy kierownica dobrze kręci, na lewo, potem prawo...
- Mam! Małe ustrojstwo na przedniej tarczy... disc-lock naprawdę działa.

sobota, 6 marca 2010

na CB mówili, że mają dawcę...

Shimma - najlepszy przyjaciel motocyklisty...


To żartem, teraz trochę mózgowej gadaniny z motocyklowego forum, gdzie szukałem przyczyny mojego ślizgu. Z postu autora można wyciągnąć parę wniosków i parę pytań, czyli coś co lubię. Ale wszystkie mają wspólną kreskę - Co do cholery się stało?

Czym jest wspomniana shimma?
Jest to nic innego jak trzepotanie kierownicą motocykla oraz motocyklistą (bo puścić się jej nie da), na lewo i prawo w celu zaliczenia szybkiej gleby. Natężenie siły i braku kontroli nad motocyklem jest proporcjonalne do prędkości jazdy oraz długości przebycia całego samba (synonim shimmy). Są możliwości nad zapanowaniem daną siłą, naciskając na tylni hamulec, pod warunkiem, że właśnie twoje nogi nie zaliczają powietrznego stretchingu. Lub zakup amortyzatora skrętu - taka pompka zakładana na kierownicę, aby zapobiegała odskakiwaniu kierownicy.


Co jest powodem tego całego rodeo. Najczęściej zbyt mocne zahamowanie przednim hamulcem, które powoduje zablokowanie przedniego koła, a potem poślizg, dziurawe drogi, luzy w główce ramy, złe ciśnienie powietrza, krzywa rama oraz lądowanie przedniego koła, po jeździe na tym drugim.

Więc szybką drogą wykreśleń doszedłem do wniosku, że mam luzy w główce ramy, oraz nacisnąłem za mocno hamulec, co mnie martwiło. Tym miałem się zająć później.

Na koniec rada podczas shimmy, z danego forum:
`nacka...
Jeśli będziesz w stanie myśleć na chłodno w takiej sytuacji to zapomnij o okiełznaniu kierownicy. Pomóc jedynie może (podobno, bo sam na razie nie miałem okazji sprawdzić) przyhamowanie tylnym hamulcem - moto wytraci prędkość i kiera powinna się uspokoić.

\... i ekspresowe zmówienie choćby jednej zdrowaśki ;)



Przedstawiając się policjantom wydmuchałem zero promili, kierowca również. Potem podniosłem kask, zarzuciłem na je lustro, a kurtkę na kanapę. Kierowca nadal krzykliwy oznajmił policjantom, że widział w lusterkach moje szaleństwa i podjechał pod zderzak następnego samochodu, abym nie rozbił się na tylniej szybie. Szybkim ruchem głowy rzuciłem wzrok na jezdnie. Widać było ślady pierwszego kontaktu z jezdnią, a potem dość imponujące jakieś cztero- metrowe tarcie po drodze, które spowodowało wbicie się w tłumik nieszczęśnika. Szyba była raczej nie zagrożona. Policjanci również spojrzeli na jezdnie, ale nic nie odpowiedzieli.

Muszę tu wspomnieć o pewnym kierowcy samochodu, który widząc ten cyrk na ulicy, zatrzymał się blokując ruch i zapytał mnie czy może mi w czymś pomóc. Chciałem pociągnąć żartem z rękawa, aby wtłukł temu chudemu, ale się powstrzymałem, ta stłuczka to moja wina.
Ale dlaczego o tym mówię. Od początku jazd motocyklem zwykłem myśleć, że podczas upadku, zderzenia, czy zwykłego poślizgu bez strat, musisz liczyć na siebie i nie oczekiwać pomocy innych. Dlaczego tak myślę, doskonale wiem. Ale z biegiem kilometrów, każdy się czegoś uczy.

Złapałem za kierownicę i wtargałem motocykl w górę, na boczną gruntową drogę. Ciężkim plecakiem zajął się policjant. Z pogardą patrzyłem jak chudy facet targa tłumikiem po jezdni przestawiając wóz. Byłem spokojny, wiedziałem, że mandat jest nie unikniony. Kierowca dalej nawijał o lawecie i o tym, że na wakacje miał jutro jechać. Policjanci zainterweniowali w końcu przesyłając krótkie zdanie: "sznurkiem Pan obwiąż tłumik, aby nie trzepotał". Facet zaczął szukać czegoś czym mógł to zrobić.

Uszkodzenia spisane, dane również i mandat też. Policjanci odjechali zostawiając mnie z kolejnymi punktami. Czekałem na brata, a kierowca z kumplem wiązali rurę drutem.

Zrobili, wsiedli i przejechał masywny chopper. Kiwnęliśmy sobie, a za okna kumpel kierowcy się odzywa:
- "taki sobie kup, jest bezpieczniejszy"
- "jakbym się takim rozwalił, to na tłumiku by się nie skończyło" - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się głupio.

Brat przyjechał z kumplem z zespołu. Kolejny łamaga, kulał coś. Brat wszedł na maszynę, założył kask i pognał. Jak coś jest nie tak, to jego to zabije. Przyjechał, stwierdził, że wszystko jest dobrze, bo przeżył.


Jadąc do sklepu, który był w ogóle nie po drodze do celu, o mały włos nie wyjechał przede mną staruszek w białym wozie, bez włączonych świateł.

Z półki piwo do kasku, a wodę półtoralitrową do ręki, przeniosłem się do kasy. Napisałem sms, że będę za 14 min. Na parkingu wrzuciłem rzeczy do plecaka zapchanego wcześniej butami do biegania, ręcznikiem, kosmetyczką oraz ciuchami na zmianę.

Jadąc, obok mnie zachodziło czerwone słońce, czując kusz w zębach i ciepło bijące od drogi pyrkałem zamyślony przez miasto. Chodnik, samochody, dziury, kolorowe światła, strzał jedynki, pognanie do przodu i znów spokój. Przede mną wzniesienie, zakorkowane, tam zawsze są korki. Puszki mają w zwyczaju hamować do zera przed szynami, samochody jadą powoli, na chodniku jacyś ludzie... kurwa, co on tak blisko?! hamuję, rzuca kierownicą, coraz bliżej, zaraz się wpierdole w bagażnik, hamuj tylnim.. nie! połóż motor.... kszszszsz uff.....

Podnosząc się widziałem moją rękę i pamiętam myśl: "chyba to nie będzie 14min"...

sobota, 6 lutego 2010

Woda w usta

Podnosząc się widziałem moją rękę i pamiętam myśl: "chyba to nie będzie 14min". Ciężki plecak opadł ponownie na kręgosłup pociągając mnie do tyłu, ale utrzymałem równowagę. Przez chwile jak zagubiony dzieciak kręciłem się po jezdni szukając motocykla. -Jest! leży na ziemi, tylnie koło mojego Szerszenia pod samochodem marki Chrysler o srebrnym połysku, z której nagle wypadł chudy, średniego wzrostu facecik o czarnym jak malowanym grafitem wąsem. Tu skrócę, że miałem wykład z ruchu drogowego, fizyki, etyki, geografii, życia w rodzinie, wyższości roweru nad motorem i to wszystko w języku łacińskim. Przez chwile wydawało mi się, że będą zajęcia z przysposobienia obronnego, więc kasku i kurtki nie ściągałem do czasu, aż mój nie chciany mentor życiowy się nie uspokoi.
Wyszedł drugi gość z samochodu - nie ma przerwy w zajęciach, a gdzie tam okienko. Ale na na szczęście okazał się sprzątaczką lub jak to woli kumplem kierowcy, któremu było jedno co się stało, bo to nie jego wóz.
Po próbach błagania kierowcy, aby przesunął samochód do przodu, bo nie mogłem patrzeć na rozłożony motor na jezdni, przeszedłem do praktycznej części przepisów drogowych, aby tak nie stał na środku ulicy bo policja, która za chwile przyjedzie wlepi mu mandat, zresztą mnie też, ale nie to mnie martwiło. Sprzątaczka pomógł przemówić do rozsądku i jego kumpel wsadził swoje chude dupsko za kierownice i trochę podjechał do przodu. Ulżyło mi, kiedy zobaczyłem całe koło i z wyglądu nadające się do jazdy. Pytanie, czy odpali. Podniosłem motor bez trudu, (kierowca około trzech razy wyraził swoją nie chęć do współpracy i motoru mi nie podniesie - jakbym rąk własnych nie miał) przekręciłem kluczyk, wcisnąłem luz i kręcę ... krew odpłynęła mi z głowy - nie pali.

Dla uspokojenia zacząłem robić podstawowy przegląd motocykla i jego gotowości do jazdy, jaki mnie uczono na kursie i poradnikach. Wszystko chodziło jak w zegarku. Tylko silnika nie słychać. Przerażał mnie spacer z dwustukilogramową maszyną z rudy śląskiej do mikołowa. Zacząłem się wkurzać, bo chudy gość naprawdę narobi mi problemów i widziałem, że ma z tego satysfakcję, a ja nie będę mógł nawet pokazać mu środkowego palca i zwiać, jak agresja nakazuje.
Chodził nerwowy wokół pękniętego zderzaka i zwisającej tuningowej nakładki na wydech. Sprzątaczka leżał na jezdni i wyceniał straty. Tu miałem wykład na temat bankowości i rachunkowości, gdybym bardziej się skoncentrował mógł zostać rzeczoznawczą, ale skupiałem się nad odpaleniem maszyny. Telefony do brata nie pomogły, ale był w drodze do mnie. Jakaś ulga - pomoże pchać na mikołów.

Gość zaczął przezywać znów policję, że długo ich nie ma, potem, że się nie wypłacę za spowodowane szkody, że mnie "udupi", bo na pewno lawetę będzie wzywał...
Włala! Ixil zawył! takiej poezji dawno nie słyszałem, jak witanie poranku, z powiewem, z delikatną unoszącą się bryzą rosy - to był pot, a silnik pracował pełną mocą. Power of Dreams!
Pięć minut potem pojawiła się policja...

cdn

środa, 13 stycznia 2010

Towarzysko

Wyjechałem na prostą drogę. Powoli zachodzące za plecami słońce ubarwiało horyzont. Migoczące światła pojazdów, rozmaite, kolorowe, rozmazywane w drżących lekko lusterkach. Wśród nich dostrzegam trzy punkciki, są jakby jaskrawe, wyróżniają się jakby nie przypadkowo, odwróciłem głowę za siebie, tak! - wykrzyczałem, szybkim ruchem zamykam szybkę kasku, chowam się za owiewką i przyciągam gaz do siebie. "Będę jechał z innymi!" - radość dodawała mi odwagi. Trzy motocykle widoczne nie mal jak na dłoni. Prędkość ok 160km/h "Powinno starczyć, mam nadzieję bo trochę się boję". Są już tuż za mną, jak bohaterowie opowieści, jak straszliwe smoki pustoszące miasta i pobliskie wsie "To jedziemy panowie!"

Wrum
Wrum
Wrum

"Kurde!"

wtorek, 5 stycznia 2010

Ślepe Tory

Pochwaliłem się koledze z uczelni o nabytym motocyklu. Zapytał czy mam ochotę jechać na Chudów z jego ojcem - co tydzień w czwartki w ciepłe letnie dni zbiera się mieszanka właścicieli jednośladów z okolicy. Czemu nie? - odpowiedziałem, czas poznać świat tak długo oczekiwany przeze mnie, zabrałem aparat.

Kolega jeździ na Hondzie Deauville 650, typowy turystyk i z mniejszą ilości koników niż moja hornetka. Jego ojciec posiada jakąś Yamahę, ale niestety nie zliczona ilość chromu oślepiała mnie odbijającym blaskiem słonecznych promieni, ale określiłbym go jako chopper.

- Wiesz tata pojedzie pierwszy, bo jest najsłabszy i potem my, tylko nam nie uciekaj - pouczył kolega.

Fakt, technicznie mój sprzęt jest najszybszy....

- Jasna cholera, jak oni tak zapierdalają - wołam na drodze. Z zaciśniętymi zębami i skryty za drobną owiewką próbuje nadgonić stracone resztki dumy. Miałem być najszybszy, a jeszcze trochę i się zgubię. Czerwone światło na skrzyżowaniu. Widzę z daleka jak na mnie czekają a za nimi sznur puszek. Ratuję reputację chamskim wciskaniem się między pojazdami i dołączam do grona.
- Nie przypal sobie nogi tym tłumikiem - krzyknął kolega, chwaląc walory komina.

Zielone, strzał jedynki i gaz... teraz mi nie uciekną, i faktycznie, jadą dużo wolniej - ulżyło.

Taka jazda mi odpowiadała, rozluźniłem zęby z uścisku i zacząłem odprężać się, gdzie nagle motocykl zaczyna się dusić, mocno szarpną i kierownica uciekła na lewo*, ale ją utrzymałem, stanąłem na środku drogi przed skrzyżowaniem. Motor kręci ale nie pali. Wodospad wulgaryzmów przetoczył się przez usta. Ojciec kolegi znikł za skrzyżowaniem, kolega zaś przed krzyżówką mimo zielonego światła czeka aż coś wymyślę i zabiorę swoją dupę ze środka drogi. Zacząłem włóczyć nogami i podjechałem do środkowej linii jezdni - nie wiem czemu myślałem wtedy, że to dobry pomysł. Opanowałem stres i wymyśliłem. Szybkim ruchem przekręciłem kurek baku na RES i po chwili Ixil zawył całym gardłem... ruszyliśmy dalej pod zamek.

- Rezerwa, tak? uzupełnij bak na najbliższej stacji, bo za drugim zaskoczeniem nie będzie tak miło - stwierdził ojciec kolegi.

Tymczasem spakowałem kurtkę do bocznych szafeczek Deauvilla, kask przypiąłem do kierownicy i zawiesiłem aparat na szyi. Czas poznać jak smakuje świat motonitów z Chudowa.

Robienie zdjęć motocyklom szybko się znudziło, nawet dziewczyn nie było za wiele. Kupiłem zimnego Sprite'a i usiedliśmy pod namiotem z ławeczkami.

Ogólnie, nikogo nie obrażając wyglądało to jak wielki zjazd rolników ze swoimi zwierzątkami hodowlanymi. Jestem jeszcze młody i wiele nie rozumiem - po prostu chciałem jak najszybciej wrócić na motocykl i jeździć.
Atrakcją okazał się starszy pan o budowie ciała Pinokia na wielkim chopperze z przypiętą ogromną oponą za plecami. Z nie pohamowaną ciekawością patrzyłem jak się męczył człowieczek, próbując cofać i manewrować między innymi pojazdami - zawiodłem się, nie wywalił się, wróciłem do ubywającego Sprite'a.

Godzinę później weszliśmy na maszyny i na skrzyżowaniu Wygoda, mieliśmy się pożegnać.

-Kurwa, znów tak zapierdala. Odkręcam rol-gaz i skupiam się całkowicie nad dogonieniem kumpla i innych zapierdalaczy przede mną, którzy wyruszyli spod zamku. Mijam za nimi pojazd za pojazdem, dobrze idzie, ale żaden skurwiel nie ma zamiaru na mnie poczekać. Czerwona Vectra, a przed nim pojazd "Long Vehicle", wszyscy go z lewej strony, nie czekając robię najgłupszy manewr świata i zjeżdżam na prawo - gaz. Chwila zawahania czy przy lekkim oddaniu pola właśnie wyprzedzających go motocykli nie zostanę zepchnięty z drogi... GAZ! Hornetka niemal nie urywa mi rąk i poszybowała do przodu pewnie mijając "długasa"... moment, a gdzie ta czerwona Vectra?! chyba w ostatniej chwili zauważam, że jest tuż obok mnie i tak samo zaskoczona jak ja. Razem wyprzedzaliśmy i obaj chcieliśmy należyte nam miejsce. Tylko on wyprzedzał z prawidłowej strony. Kierowca z Vectry był bardziej przytomny i pociągnął w długą wyprzedzając jeszcze nieoczekiwaną przeszkodę, ja go nie goniłem.

Dogoniłem wszystkich chojraków na skrzyżowaniu Wygoda pod czerwonym stali jak wściekłe psy, kiwnąłem do kumpla na pożegnanie i zjechałem na stację, cieszyłem się, że mogę sam zejść z siedzenia i napełnić bak. Naprawdę się cieszyłem.


*Gwałtowny ruch kierownicy jak przypuszczam był spowodowany mocnym szarpnięciem motora, który dusił się brakiem paliwa i pech chciał, że byłem na grubej malowanej linii tworzący lewoskręt przed skrzyżowaniem - niezwykle śliskiej nawierzchni, nawet w suchy dzień.

Szerokości!

HH 600

Rozpoznanie się w ofertach motocyklowych bardziej denerwowało niż sprawiało przyjemność. Tę części przygody z motocyklem obawiałem się najbardziej. Wybredny na kolor, markę (chociaż znałem tylko z opini innych - zawsze różnych), to światło, tu zadupek nie taki. Nieograniczone fantazje sprzedawców wkurzały z każdym dniem i plułem sobie w brodę, że nie nazbierałem "parę groszy" na coś z salonu - ale niby kiedy i jak.

Dobrze było bo wiedziałem, że ma to być Naked, czyli odkryte piękno dzieła inżynierów i na pewno japońskich. To skutecznie wyszczuplało szafeczkę z zabawkami, ale nie na tyle aby poradzić sobie z wyborem pierwszej maszyny.
Ostatecznie odkupiłem nawet za dobrą kasę Hornetkę brata, wiedziałem że nie bita, nie mordowana, więc silnik będzie "igła" (stała reklama np allegrowych ofert), parę szlifów miał, ale wiedziałem również o zainwestowaniu przez brata w crash-pady, to uspokajało.
Pierwsza jazda jedynie z dokumentem o pozytywnym zaliczeniu egzaminu, w razie negocjacji z policyjnymi, powolna, ostrożna i przy prawej stronie jezdni, jak sobie obiecałem po zdaniu egzaminu - "wariactwa dla wariatów".
Niestety brutalna rzeczywistość sprowadziła mnie na ziemię, od tamtej pory już tak nie jeździłem.

Rolka gazu sprawiała wrażenie przyjaciela od pierwszych obrotów silnika z którym chętnie się rozmawiało i nie miałeś odwagi przerywać kiedy on mówił... ryk silnika i zapach benzyny? - tak, napije się jeszcze, polewaj... wrummm.