Odpinając kask podszedł do mnie szanowny jegomość o typowym stroju dla ulicznych włóczęg i z nieodłączną reklamówką w ręku, która zniesie każdy ciężar. W tym wypadku puszek i gazet.
Uśmiechając się promieniście, odkrywając przy tym bardzo skąpe uzębienie, nie skrępowany ubytkami podjął rozmowe:
- Hej, ile to ma? tysiąc, siedemset?
- Witam, to sześćsetka - odpowiadam otwarcie.
Zaczął się przyglądać nieśmiało, podszedł nieco bliżej i ciągnął dalej:
- ... ładny, ale wie pan, ja bym chciał tylko jeden motocykl.
Zaoferowany, szybko odpowiadam:
- Pewnie jakiś chopper albo tego typu sprzęt.
- Tak, jest taka Wirago, no wirago, a wie pan jaka, a wie pan dlaczego?
Poczułem przez chwilę, że mogę wiedzieć, nie wiem dlaczego zacząłem szybko analizować jaki byłby powód, ale i tak bym pewnie nie zgadł.
Przeciągnąłem ciszę, w końcu zostałem z głupią miną, bo nic nie wymyśliłem.
- ech, hehehe, bo mam na nazwisko Zwirago*
* nie pamietam dokładnego nazwiska pana z reklamówką, ale slabowo jak i dźwięcznie bardzo podobnie brzmiało, a szkoda. Kiedyś pewnie go spotkam na drodze, takie nazwisko zobowiązuje.
sobota, 24 września 2011
środa, 29 czerwca 2011
Szukanie siebie.
Strzał jedynki i gaz, dwójka tuż za zakrętem budzi wszystkie zmysły. Zmysły walczące o kontrolę z szaleńczym umysłem.Droga w mieście uruchamia coś nie poskromionego niż spokojna autostradowa trasa.
Szanuje kierowców ich wspaniałe samochody, dzieci i żony w środku. Działają jak bat na plecach złoczyńca. Uspokaja się serce, lecz dalej wstrząśnięte wrzącą krwią, rozrywa rozsądek w pół. Przednie zawieszenie wbijane w jezdnie zwalnia maszynę przed uciekającym pieszym z telefonem w ręku. Przerzucam zęby sprzęgła by dać znów sygnał do lotu...
Blacha, lakier, gorące poranne słońce, kierownica manewruje na wszystkie strony, hamulce ratują przed nagłym zwrotem sytuacji. Most znany z niemal codzienności widziany teraz inaczej niż dotąd, naprawdę już nie jest pokaźny. Nie jest to kolos niosący tysiące aut dziennie, lecz jest wąski, mały, lichy próbujący zmiażdzyć, utrudnić przejazd z każdym odkręceniem manatki gazu.
Stoisz, woda spływa po czole, czekasz, aż znów ryk silnika ususzy pot wżerający się w oczy. Wypuście mnie! - myśli wrzeszczą.
Start - ucieczka od gwaru i gęstwiny spalin. Pęd powietrza tak oczekiwany, za każdym razem świeży, koi wszelki ból. Rzut na niebo rozprzestrzenia wieżowce kołyszące się na nieskończonym błękicie, jakby chwilowy spokój przed tym co czeka tu na dole.
Ulga, szeroka droga, pełna moc, już nie długo jeszcze parę kilometrów, niegdyś tylko dwa przystanki.
Silnik cichnie, pisk w uszach, mówi o zbliżającym się spokoju. Płuca rozrywane brakiem powietrza. Rękawice rzucone na bak. Blokada ląduje na przedniej tarczy, rozpinam kurtkę, głęboki oddech przywraca myśli i uczucia, drżenie rąk, jeszcze jak wściekłe psy próbują wyszarpać więcej emocji, gazu! gazu! to jeszcze nie koniec! Teraz!
- Musisz poczekać teraz musisz tu zostać kimkolwiek jesteś, zobaczymy się niebawem -
odszedłem z parkingu ściągając kask...
ps -pierwsza jazda po stolicy-
Silnik cichnie, pisk w uszach, mówi o zbliżającym się spokoju. Płuca rozrywane brakiem powietrza. Rękawice rzucone na bak. Blokada ląduje na przedniej tarczy, rozpinam kurtkę, głęboki oddech przywraca myśli i uczucia, drżenie rąk, jeszcze jak wściekłe psy próbują wyszarpać więcej emocji, gazu! gazu! to jeszcze nie koniec! Teraz!
- Musisz poczekać teraz musisz tu zostać kimkolwiek jesteś, zobaczymy się niebawem -
odszedłem z parkingu ściągając kask...
ps -pierwsza jazda po stolicy-
piątek, 7 stycznia 2011
Kubuś odłożył słoik miodu na bok i zapadł w zimowy sen.
Podsumowałem swój pierwszy sezon, byłem zadowolony z siebie, bo wciąż miałem co jeść, przetarłem tylko jedne spodnie, parę butów i raz stłukłem kolano. Bilans strat i korzyści jest nie potrzebny. Natomiast dwa razy podczas sezonu nie założyłem kurtki...Podjechałem na imprezę pod zamek w Chudowie. Znajomi, chwytając sezonową pracę jako obsługa gości, pokierowali mnie na darmowe miejsce parkingowe i obiecali przypilnowanie sprzętu. Jak się okazało później, kosztowało mnie to przejażdżkę z dobrą koleżanką.
Jej chłopak mnie znał, więc nie dostałem w ryło.
Trasa była krótka lecz szybka. Upalne słońce skusiło mnie na wyruszenie jedynie w rękawicach i w kasku. Na pierwszych metrach dostałem gromadą ulicznych much, i pożałowałem. Druga niespodziewana przejażdżka była z siostrą koleżanki. Podczas zdrapywania much z koszulki zostałem poinformowany, że nowy pasażer lubi motocykle i chciała kiedyś sama zrobić prawo jazdy.
Wyruszyliśmy, muchy uliczne odżyły i jak pociski ginęły na mojej klatce wbijając się jak małe paskudne igiełki. Zacisnąłem zęby i odkręciłem rolkę z gazem. Wyboista droga nie pozwalała na rozwinięcie prędkości powyżej 160km/h. Pasażer coś woła, ale go nie słyszę. Odpuszczam prędkość. Martwię się o nią. Po dłuższej spokojnej jeździe hamuje i zawracam. Świst powietrza i ryk tłumika przycichł, dochodzą do mnie słowa: pojedziemy jeszcze raz tak szybko?
Dzień później zachorowałem. Parę tygodni i jeszcze raz. Wyjechałem znów bez kurtki, na chwilę z pracy do domu. Gdybym wiedział wstąpił bym od razu do apteki.
Koniec sezonu uwieńczony informacjami o potłuczonych, rozbitych i poległych motocyklistach na jesiennych drogach. Smutna aura ogarnęła fora internetowe, bo to również czas ułożenia potworów do snu zimowego. Ci co już to zrobili z żalem czytali o obrażeniach lub pogrzebach kolegów jedynie znających się, być może tylko z pozdrowień podczas mijania. Ci co jeszcze jeździli, przestać nie umieli, "aż spadną śniegi" - mówili.
Osobiście Szerszenia zakonserwowałem i odstawiłem na zimę 29 października. Tomek zrobił tak samo. Czas przesiąść się w komunikację miejską. Założyłem bloga, który teraz czytasz, taka metoda na zimowe okrutne dni...
czwartek, 11 listopada 2010
Polityka pogardy - kto ma "gadane"?

Przepraszam za przerwę, ale sezon trwa.
140km/h, mijam znak z czerwoną obwódką z majestatycznym 50 w środku. Trzysta metrów do świateł, "łyknę jeszcze jednego". Kierunkowskaz na lewo i w tej samej chwili pojazd przede mną zamyka drogę podjeżdżając na środek jezdni. Zmysł przewidywania na awaryjnym działa najlepiej i mówi, abym przechylił się bardziej i zjechał na przeciwny pas. Zmysł zawiódł. Pas zajęty. 140km/h, komplikuje parę spraw, kończę życie dodając gazu i przyciągając kolana do silnika. Lakier samochodów niemal odbija się na skórze...
Poranek, strzał w górę prostą drogą. Przede mną trzy cztero-kołowce. Rozpędzam się, wychylam lekko na lewo, abym był widoczny, widzą? widzą? widzą! - Gaz. Granatowe Prelude odcina przepływ paliwa i krwi do głowy, na milimetry zatrzymuję się przed tylnym zderzakiem. Nie wytrzymuję i próbuję wyprzedzić jeszcze raz. Zajeżdżam drogę i redukuje motocykl do 40km/h. Widzę jak macha przy kierownicy. Młoda kobieta, nerwowa się robi, próbuje mnie wyprzedzić... zjeżdżam w boczną żwirową drogę do pracy "o jedzie za mną - czyli też gdzieś tu pracuje". Na przerwie urywam się z kartką w dłoni. Szukam gdzie jest samochód. Nie znajduję, wyrzucam kartkę, deszcze zmyją atrament z papieru wraz z napisem "strefa zgniotu, strefą braku wyobraźni?".
Halemba Solidarności, trzech motocyklistów, a przed nimi audiTT. Wzajemnie pozdrowienia i urywam się z grupy szybkim "wrum" z prawej strony. Wszyscy stoją, samochód wpada w obroty i boksuje próbując wlepić się przede mnie. Dwa koła wygrywają, uciekam z bestią na tyłku. Wizja super maszyny na plecach i nie regulaminowa prędkość w mieście zalewa mnie strachem głównie o siebie. Wyprzedzam jeszcze jedno auto przed wyspą dla pieszych by go stracić i hamuje do pięćdziesiątki ... "za co to?". Trzy minuty później ściskam mocno Serce.
Polityka pogardy.
Na łamach znanego pisma "Polityka" pojawia się tekst gdzie autorka miesza użytkowników motocykla z wszystkim co złe na drogach. Tu dla zainteresowanych bardziej sprawą, wyżej wymieniony artykuł KLIK . Wywołuje to oczywiście oburzenie i zostaje ogłoszona debata z policją na ten temat. Na debacie jest robiony test znajomości wiedzy o ruchu drogowym. Jedna osoba zna wszystkie odpowiedzi i to kobieta. W nagrodę dostaje pingwinka w mundurku policjanta.
Na samej debacie co niektórzy po stronie bikersów, obserwując ze zdjęć przyjęli pozycję "i tak co powiedzie jest złe, a my zawsze rację mamy". Dziennikarz, już nie pamiętam jakiej gazety czy portalu internetowego zauważa, że policja bardzo dobrze się przygotowała do spotkania, motocykliści mówiąc w skrócie "nie". Bo co mieli mówić?
Chowam motocykl i odchodząc od niego, myślę że znów mógłbym napisać coś na blogu, o tym co mnie spotkało. Kto zajechał drogę, kogo sprowokowałem do wyścigu spod świateł, do kogo się uśmiechnąłem, nawet jeśli tego nie widział. Pamiętam też wieść o śmierci jednego motocyklisty z forum, jako jedyny złożył mnie życzenia na urodziny z ponad dziesięciotysięcznej armii użytkowników, nie zdążyłem mu podziękować i nie miałem też czasu aby jechać z innymi zapalić znicza - żałuję do teraz, miał 24 lata.
W każdy dzień czy to w aucie czy na motocyklu można spotkać siebie, odmienionego, bo mamy różne dni... i co z tego. Cieszę się że jutro znów pojadę i spotkam Ciebie... a Ty?
poniedziałek, 31 maja 2010
Samodoskonalenie
Czas zabrać się za błąd jaki zrobiłem podczas upadku. Kolejna taka wywrotka dawała szanse serwisom motocyklowym na zarobienie paru groszy, które wolałem wlać do baku.
Pusty parking pobliskiego domu handlowego i słoneczna pogoda, sprawiała idealne warunki do nadrobienia wiedzy i umiejętności. Mocny gaz, wrzutka na dwójkę, rozpędzenie maszyny i gwałtowne hamowanie. I tak kilkadziesiąt razy, aż nabrałem pewności i odwagi w używaniu hamulców z odpowiednia siłą. 30 minut spędzone na przyśpieszaniu i ostrym hamowaniu zmęczyły ręce i wyjechałem z parkingu.
Dziewięć dni później, jechałem do miasteczka nieco spóźniony. Skrzyżowanie wiślanki z drogą 44. Ogonek puszek na czerwonym oddawały wizję kolejnych straconych sekund, które były bardzo cenne. Żółte, zielone światło i pełny gaz - zanim kierowcy się zorientują, że nie maja wrzuconej jedynki będę już za skrzyżowaniem. Pełne gracji wyminięcie kolejki między wysepką, a grubością lakieru, maszyna pędzi, ostatni rzut oczu na lewo zanim... stop stop stop stop, hamulce grają równomiernie jak bębny. Zatrzymuje się tuż przed kołami rozpędzonego tira, który wiatrem lekko pociąga mnie na prawo. Łapie równowagę. Krew spłynęła z głowy, ręce dostały drgawek. Nie myśląc próbuje pozbierać się i ruszyć. - Trójka, nie - jedynka, luz, jedynka... szukam biegu. Wypełzam ze skrzyżowania. Egzamin zdany, na drugi dzień stoję przy ołtarzu jako świadek, kolega się żenił. Kolejna radość, że mogę tam być... Ucz się!
Pusty parking pobliskiego domu handlowego i słoneczna pogoda, sprawiała idealne warunki do nadrobienia wiedzy i umiejętności. Mocny gaz, wrzutka na dwójkę, rozpędzenie maszyny i gwałtowne hamowanie. I tak kilkadziesiąt razy, aż nabrałem pewności i odwagi w używaniu hamulców z odpowiednia siłą. 30 minut spędzone na przyśpieszaniu i ostrym hamowaniu zmęczyły ręce i wyjechałem z parkingu.
Dziewięć dni później, jechałem do miasteczka nieco spóźniony. Skrzyżowanie wiślanki z drogą 44. Ogonek puszek na czerwonym oddawały wizję kolejnych straconych sekund, które były bardzo cenne. Żółte, zielone światło i pełny gaz - zanim kierowcy się zorientują, że nie maja wrzuconej jedynki będę już za skrzyżowaniem. Pełne gracji wyminięcie kolejki między wysepką, a grubością lakieru, maszyna pędzi, ostatni rzut oczu na lewo zanim... stop stop stop stop, hamulce grają równomiernie jak bębny. Zatrzymuje się tuż przed kołami rozpędzonego tira, który wiatrem lekko pociąga mnie na prawo. Łapie równowagę. Krew spłynęła z głowy, ręce dostały drgawek. Nie myśląc próbuje pozbierać się i ruszyć. - Trójka, nie - jedynka, luz, jedynka... szukam biegu. Wypełzam ze skrzyżowania. Egzamin zdany, na drugi dzień stoję przy ołtarzu jako świadek, kolega się żenił. Kolejna radość, że mogę tam być... Ucz się!
środa, 19 maja 2010
Nałożenie/Założenie
Poranna mgiełka osiadła bezlitośnie na owiewce z kasku, a ciepłe powietrze parujące z ust zamienia okulary w szybę mleczną. Delikatne otwarcie kasku rozwiązuje problem widoczności, kosztem chłodu bijącego po twarzy. Zdecydowanie wolę nieco chłodniejszą jazdę o dobrej widoczności, niż wylądowanie na drogowskazie w komfortowych, ciepłych warunkach.Wykonując nawrót na parkingu wyobrażam sobie jakbym omijał własną kule ziemską, a tam wszystko o czym marzysz. Robiąc koło maluję stopą okrąg wypełniony życiem, w akompaniamencie jednej dźwięcznej melodii usłyszanej od dobrych Syren, danych jak mapa i kompas bym się nie zgubił.
Ulice miasta o poranku są zawsze nie przewidywalne, są one inne niż w południe. Rankiem wydają się one ślizkie, ciasne. Skacowani, zaspani, czy też już z telefonami czerwonymi przy uchu kierowcy, skutecznie dźwigają moją poranną koncentrację do pełnej mocy. Korki jak pełzające małe bałwanki fal toczą się przez głębie w którą wpływam. Żegluję między falami, przy gwałtownych wiatrach. Światla latarń ostrzegają mnie przed wpłynięciem na mieliznę. Jakiś stwór lub ryba za burdą, prawie rozbija się o mój kadłub, macha do mnie, wiatr pcha mnie do przodu. Wynurzam się z ronda na prostą rozwijam żagle i odkręcam gaz, chwytam wiatr, budząc wszystko wokół mnie, pierzaste dziwolągi skrzeczą. Czasem się wydaje jakby na te parę chwil świat nabierał oddechu, wszystko staje w miejscu, głowy odwrócone w stronę czegoś i czekają, aż zniknie za wzniesieniem, góra lodowa topnieje, można wrócić do planów dnia.
Sunę z góry wprost na rzekę ludzi, o tej porze jest ich więcej niż zwykle. Nurt zmusza mnie do całkowitego zakotwiczenia. Czekam z rękami założonymi przy sterach, gapię się zaciekawiony w nurt i rybki tam pływające. Przydałaby się tama. Nagle jak wybita z biegu rzeki rybka spojrzała na mnie, wyszła na brzeg z wielkimi maślanymi oczkami i kręci głową na lewo i prawo. Skupiłem na niej całkowitą uwagę. Po czym podniosła wysoko płetwę ponad łebek, przecięła powietrze od góry do dołu i znów podniosła tym razem na wysokość skrzeli i machnęła z lewa na prawo. Ciarki przebiegły mnie po grzbiecie jak stadko małego uciekającego planktoniku. Zrzuciłem je, uśmiechnąłem się szeroko, ale i tak rybka widzieć tego nie mogła. Wskoczyła szybciutko w nurt i zniknęła z innymi. Rzeka wyschła.
Błogosławiony czy przeklęty, wolę sam wybrać mam przecież mapę i kompas... ahoj!
sobota, 1 maja 2010
"Gry uliczne"
Powrót przez Katowice w słoneczny dzień.Czerwone światło zwalnia obroty do minimum, podparty nogą o jezdnie, otwarłem szybkę kasku i zacząłem się rozglądać. Jakie było moje zdziwienie, że na pasie dalej z prawej strony stoi czarny motocykl, ogromny i spokojny z wielkim silnikiem trzęsącym całym światem, prócz motocyklisty i jego pasażera. Kiwnąłem ręką do nich trochę zmieszany, odpowiedzieli uśmiechami z open'faców. Staliśmy dość długo, kiedy jego motocykl zaczął wyć mocnym hukiem między, innymi samochodami, pobliskimi blokowiskami i drzewami prosto do moich bębenków w uszach.
- Co się tak niecierpliwi? - pytam siebie.
- Chyba nie będzie się chciał... - delikatnie zamknąłem szybkę kasku i wrzuciłem jedynkę z trzaskiem prowokatora, wykrzywiłem usta, spojrzałem dyskretnie na domniemanego przeciwnika. Siedział spokojny i wyprostowany na wściekłej maszynie. Zielone!!!
Serce zatrzymało się na te kilka sekund. Nuta tłumika ogarniała wszystkie szaleńcze zmysły, droga cienka jak nić, dwa pasy, biała taśma pomiędzy nimi. Warczy zaciekle, nie widzę go w lustrach, ale wiem, że jest tuż obok. Pierwszy winkiel przy starcie o mało nie wyrzuca mnie na jego pas, szybka prosta i strzały kolejnych biegów. Czuję jego oddech na karku. Wszystko wokół drży, pełna koncentracja. W tym miejscu jestem zmuszony albo zwolnić aby mnie wyprzedził, lub odkręcić roll gaz mocniej, aby wbić się przed niego zanim skończy się pas zjazdowy. Wybrałem drugą opcję. Jeszcze nigdy przedtem nie słyszałem, aby dźwięk mógł tak rozrywać uszy. Poszybowałem przed nim i zacząłem uciekać aby zapieczętować satysfakcję.
Zwolniłem do prędkości akceptowanej przez kodeks drogowy i radośnie wymijam studzienki rozrzucone po drodze jak kaszka dziecięca. Kolejne skrzyżowanie zmusza mnie do postoju. Wpycham się między pojazdami do przodu, gdzie po paru oddechach nadjechał ten nieusatysfakcjonowany.
Nie spojrzałem na niego. Ale już wiem co będzie za chwilę. Słyszę jak wrzucił jedynkę. Zielone... Prędkość nad przestrzenna Wielkiego Czarnego zostawia mnie w tyle, zmieszany straciłem ułamki sekund na opanowanie się. Gonię go, ale już wiem, że tę rundę przegrywam. Minąłem go, kiedy on zjeżdżał za OBI, machnąłem kciukiem do góry w ramach podziękowań i gratulacji. Następnym razem, będę lepiej przygotowany...
Subskrybuj:
Posty (Atom)