środa, 19 maja 2010

Nałożenie/Założenie

Poranna mgiełka osiadła bezlitośnie na owiewce z kasku, a ciepłe powietrze parujące z ust zamienia okulary w szybę mleczną. Delikatne otwarcie kasku rozwiązuje problem widoczności, kosztem chłodu bijącego po twarzy. Zdecydowanie wolę nieco chłodniejszą jazdę o dobrej widoczności, niż wylądowanie na drogowskazie w komfortowych, ciepłych warunkach.

Wykonując nawrót na parkingu wyobrażam sobie jakbym omijał własną kule ziemską, a tam wszystko o czym marzysz. Robiąc koło maluję stopą okrąg wypełniony życiem, w akompaniamencie jednej dźwięcznej melodii usłyszanej od dobrych Syren, danych jak mapa i kompas bym się nie zgubił.

Ulice miasta o poranku są zawsze nie przewidywalne, są one inne niż w południe. Rankiem wydają się one ślizkie, ciasne. Skacowani, zaspani, czy też już z telefonami czerwonymi przy uchu kierowcy, skutecznie dźwigają moją poranną koncentrację do pełnej mocy. Korki jak pełzające małe bałwanki fal toczą się przez głębie w którą wpływam. Żegluję między falami, przy gwałtownych wiatrach. Światla latarń ostrzegają mnie przed wpłynięciem na mieliznę. Jakiś stwór lub ryba za burdą, prawie rozbija się o mój kadłub, macha do mnie, wiatr pcha mnie do przodu. Wynurzam się z ronda na prostą rozwijam żagle i odkręcam gaz, chwytam wiatr, budząc wszystko wokół mnie, pierzaste dziwolągi skrzeczą. Czasem się wydaje jakby na te parę chwil świat nabierał oddechu, wszystko staje w miejscu, głowy odwrócone w stronę czegoś i czekają, aż zniknie za wzniesieniem, góra lodowa topnieje, można wrócić do planów dnia.

Sunę z góry wprost na rzekę ludzi, o tej porze jest ich więcej niż zwykle. Nurt zmusza mnie do całkowitego zakotwiczenia. Czekam z rękami założonymi przy sterach, gapię się zaciekawiony w nurt i rybki tam pływające. Przydałaby się tama. Nagle jak wybita z biegu rzeki rybka spojrzała na mnie, wyszła na brzeg z wielkimi maślanymi oczkami i kręci głową na lewo i prawo. Skupiłem na niej całkowitą uwagę. Po czym podniosła wysoko płetwę ponad łebek, przecięła powietrze od góry do dołu i znów podniosła tym razem na wysokość skrzeli i machnęła z lewa na prawo. Ciarki przebiegły mnie po grzbiecie jak stadko małego uciekającego planktoniku. Zrzuciłem je, uśmiechnąłem się szeroko, ale i tak rybka widzieć tego nie mogła. Wskoczyła szybciutko w nurt i zniknęła z innymi. Rzeka wyschła.

Błogosławiony czy przeklęty, wolę sam wybrać mam przecież mapę i kompas... ahoj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz