wtorek, 5 stycznia 2010

HH 600

Rozpoznanie się w ofertach motocyklowych bardziej denerwowało niż sprawiało przyjemność. Tę części przygody z motocyklem obawiałem się najbardziej. Wybredny na kolor, markę (chociaż znałem tylko z opini innych - zawsze różnych), to światło, tu zadupek nie taki. Nieograniczone fantazje sprzedawców wkurzały z każdym dniem i plułem sobie w brodę, że nie nazbierałem "parę groszy" na coś z salonu - ale niby kiedy i jak.

Dobrze było bo wiedziałem, że ma to być Naked, czyli odkryte piękno dzieła inżynierów i na pewno japońskich. To skutecznie wyszczuplało szafeczkę z zabawkami, ale nie na tyle aby poradzić sobie z wyborem pierwszej maszyny.
Ostatecznie odkupiłem nawet za dobrą kasę Hornetkę brata, wiedziałem że nie bita, nie mordowana, więc silnik będzie "igła" (stała reklama np allegrowych ofert), parę szlifów miał, ale wiedziałem również o zainwestowaniu przez brata w crash-pady, to uspokajało.
Pierwsza jazda jedynie z dokumentem o pozytywnym zaliczeniu egzaminu, w razie negocjacji z policyjnymi, powolna, ostrożna i przy prawej stronie jezdni, jak sobie obiecałem po zdaniu egzaminu - "wariactwa dla wariatów".
Niestety brutalna rzeczywistość sprowadziła mnie na ziemię, od tamtej pory już tak nie jeździłem.

Rolka gazu sprawiała wrażenie przyjaciela od pierwszych obrotów silnika z którym chętnie się rozmawiało i nie miałeś odwagi przerywać kiedy on mówił... ryk silnika i zapach benzyny? - tak, napije się jeszcze, polewaj... wrummm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz